Witajcie,
kochani!
Jak obiecałam
zapraszam na rozdział 20, wybaczcie tylko, że pojawia się on w tak późnych
godzinach, ale niestety czas mnie dziś gonił.
Rozdział może
nieco zaskakujący, zwłaszcza, że pojawia się w nim scena, która będzie miała ogromne
znaczenie w rozdziale 21 i która jest takim małym wstępem do tego, co będzie działo
się w części trzeciej tego opowiadania :D!
Muszę też
wspomnieć, że Wschód słońca zajął III miejsce w głosowaniu na Najlepszy Blog
Roku – 2016, organizowanym przez Księgę Baśni. Bardzo Wam wszystkim dziękuje za
oddane głosy, jesteście wspaniali <3!
Na rozdział 21
zapraszam bardzo serdecznie 26 lutego.
Nie przedłużając,
zapraszam do czytania i komentowania.
Buziaki,
Charlotte
Betowała: Cassie McKinley
***
Największą tragedią każdego człowieka jest
nieumiejętność pełnego zrozumienia drugiej osoby, nawet tej najbliższej.
A większość z nas nie jest w stanie
zrozumieć nawet siebie samego.
~ Arne Dahl
27 listopada 1998
Czasami zamykam się na ludzi; na przyjaciół,
znajomych i wszystkich wokół siebie.
Czasami po prostu przekręcam klucz i
sprawiam, że nic i nikt do mnie nie dociera. Te chwile są mi bardzo potrzebne.
Mogę myśleć i czuć tak, jak tylko tego zapragnę. Nie muszę przejmować się tym,
jak zareagują bliskie mi osoby, nie przejmuję się tym, że mogą zacząć się o
mnie martwić, bo wiem, że kolejnego dnia znów będę takim, jakiego oczekują.
Dziś jest ten dzień.
Pogoda jest koszmarna; od rana śnieg sypie z
nieba i nic nie wskazuje na to, aby przestał padać. Lubię patrzeć na tę
szalejącą za oknem wichurę, to mnie uspokaja. Pozwala mi wyciszyć się, będąc
zapatrzonym w kryształowe śnieżki, opadające na zasypane parapety.
Czasami dobrze jest zamknąć się w sobie,
nawet na krótki czas, to pomaga w zrozumieniu samego siebie.
Draco
Chłopak odrywa
pióro od pergaminu w tej samej chwili, w której do pomieszczenia wchodzi
Hermiona. Na ramieniu ma zawieszoną torbę, Draco zauważa wiele wystających z
niej pergaminów. Jest pewien, że wraca z biblioteki, bo niesie przed sobą trzy ciężkie tomiszcza.
– Może ci
pomóc? – pyta uprzejmym głosem, ale tak jak się spodziewa, Hermiona jedynie
marszczy brwi i prycha.
– Poradzę
sobie, dziękuję – mruczy i z wielkim hukiem kładzie książki na pierwszy lepszy
stolik.
Draco
przygląda się, jak Hermiona zsuwa z ramienia swoją torbę, zdejmuje wierzchnią
szatę i podwija rękawy białej koszuli. Sprawia wrażenie skoncentrowanej, ale
jednocześnie zirytowanej, co widać, gdy podchodzi do kociołka z warzącym się eliksirem
i z uwagą sprawdza jego barwę i zapach. Draco wie, że wszystko jest z nim w
porządku, gdy tylko przyszedł, od razu dokładnie go obejrzał.
Hermiona czuje
na sobie uważny wzrok chłopaka, ale nie ma teraz ochoty wchodzić z nim w żadne
konwersacje. Zresztą, od dawna już się nie kłócą, są aż nadto świadomi tego, że
kłótnie nic nie dają; jedynie niszczą.
Jest zmęczona,
dzisiejszy dzień był dla niej ciężki. Piątki z
reguły są dla niej jednymi z lżejszych dni pod względem zajęć: niestety,
dziś było inaczej. Dawno nie miała tak męczących lekcji; na zaklęciach profesor
Flitwick był bardziej wymagający niż zazwyczaj. Transmutacja minęła jej
wyjątkowo szybko, ale to tylko dlatego, że profesor Fair nadrabiał materiał i
na jednej godzinie zmuszony był zrealizować dwa tematy. Jednak to chyba
numerologia najbardziej wykończyła Hermionę: dawno nie musiała tak intensywnie
i szybko myśleć i liczyć. Dodatkowo, zaraz po lekcjach, dziewczyna pobiegła na
spotkanie do Hagrida, a później jeszcze do biblioteki, żeby odrobić prace
domowe, aby weekend mieć spokojny. Nadgarstek boli ją teraz od ciągłego
machania różdżką i pisania piórem, a dodatkowo zaczyna czuć nieprzyjemne kłucie
w skroniach przy każdym poruszeniu głową.
– Cholera –
szepcze Hermiona, zagryzając wargę. Chciała dopisać na pergaminie obserwacje
eliksiru z dzisiejszego dnia i niechcący wylała cały atrament na pergamin.
Draco marszczy
brwi, widząc poczynania dziewczyny. Wstaje i podchodzi do niej, nim Hermiona
wyjmuje swoją różdżkę, Draco jednym płynnym ruchem swojej usuwa cały czarny
tusz z kartki.
– Dziękuję –
mamrocze Hermiona i pociera skronie.
– Dobrze się
czujesz?
– Tak, ah…
Przymyka oczy
i marszczy czoło, czując nieprzyjemne pulsowanie. Głowa boli ją niemiłosiernie,
a gdy tylko otwiera oczy, zaczyna razić ją światło świec.
– Właśnie
widzę, jak dobrze się czujesz.
Draco chce
jeszcze coś dodać, ale przerywa mu dziewczyna. Unosi hardo brodę i spogląda na
niego swoimi brązowymi oczyma. Jej usta są wygięte w grymasie, ale dzięki temu
Hermiona sprawia wrażenie bardziej zdeterminowanej.
– Nic mi nie
jest – mówi twardo i rusza w kierunku swoich rzeczy. Łapie torbę, szatę i
książki i kieruje się w stronę wyjścia, cały czas mówiąc: – Z eliksirem jest
wszystko w porządku, sprawdziłam dwa razy. Jeśli możesz dopisz te obserwacje,
bo ja już będę szła.
Draco czuje
potrzebę odezwania się i zatrzymania dziewczyny. Nie wie, co wywołało u niego
nagłą chęć porozmawiania z nią, ale ma wrażenie, że to dobrze by mu zrobiło,
zwłaszcza dziś, gdy ma tak kiepski dzień… Zagryza wargę i zaciska dłonie,
patrząc na jej odwróconą sylwetkę. W końcu jednak przełamuje swoją dziwną
blokadę i odzywa się:
– Granger,
moglibyśmy porozmawiać?
Hermiona
zatrzymuje się i odwraca w jego stronę ze zmarszczonymi brwiami. Kiwa głową
ostrożnie i spogląda na niego znad książek trzymanych w dłoniach i
przyciśniętych do klatki piersiowej.
– Coś się
stało? Chodzi o eliksir? Jeśli tak to daj spokój, Malfoy, rozmawialiśmy już o
tym, że wszystko z nim w porządku – mówi, widać, że jest nieco zirytowana.
Draco spogląda
na nią ze zmieszaniem. Kręci głową i wykonuje
kilka kroków bliżej tak, że stoją naprzeciwko siebie, niemal na
wyciągnięcie dłoni.
– Pytam, czy
mogłabyś ze mną porozmawiać, ale nie na temat eliksiru, tak po prostu…
Po jego
słowach z pomieszczeniu zaczyna panować pełna napięcia cisza. Hermiona zdaje
się być zaskoczona, ale ostatecznie kiwa delikatnie – niepewnie – głową.
– Ja…
Oczywiście – niemal szepcze te słowa.
Pozwala, by
Draco zabrał jej z rąk książki i odstawił je na stolik, na którym wcześniej
leżały. Sama kieruje się w stronę parapetu, na którym siada z opartą o szybę
głową. Swoją torbę opiera o ścianę, a szatę zarzuca na ramiona tak, by chłód
przebijający się przez szpary w oknie nie owiewał jej ciała.
Przygląda się
z zaciekawieniem chłopakowi, który stara się znaleźć sobie miejsce. Jest
zaintrygowana zachowaniem Malfoya. Nigdy żadne z nich nie prosiło o rozmowę.
Tak zachowują się zazwyczaj przyjaciele, a oni przecież przyjaciółmi nie są.
Właściwie Hermiona nawet nie jest pewna, jak mogłaby nazywać Draco… Nigdy nie
był jej wrogiem, bo wróg to zbyt mocne słowo jak na to, co wcześniej do niego
czuła. Kolega? To brzmi niemal śmiesznie, biorąc pod uwagę fakt, jak wyglądała
wcześniej ich relacja… Znajomy? Te słowa świadczyłyby o tym, że Hermiona zna
Draco choć w minimalnym stopniu, a tak nie jest.
Draco przez
krótką chwilę stoi pochylony nad książkami Hermiony. Nie odwraca się w jej
stronę, jakby bał się jej spojrzenia. W końcu wzdycha lekko i rusza w jej
kierunku. Siada obok niej na parapecie i spogląda na nią spod grzywki.
– Po prostu… –
zaczyna, ale nie wie, co powiedzieć więcej. – Ja chciałem tylko…
Hermiona
zagryza wargę i kiwa głową.
– Od czasu do
czasu każdy potrzebuje po prostu pomilczeć – szepcze.
Siedzą
pogrążeni w ciszy przez pewien czas. Każde z nich zatopione w swoich myślach.
Hermiona opiera swoje czoło o chłodną szybę; ból głowy nagle zniknął, a ona
zaczęła intensywnie analizować zachowanie chłopaka. Od czasu do czasu spogląda
na niego kątem oka, ale jego postawa nawet na chwilę nie ulega zmianie; siedzi
oparty plecami o ścianę z jednym zgiętym kolanem, na którym opiera dłoń. Oczy
ma przymknięte, a włosy opadają mu na czoło.
Zupełnie nie
przypomina siebie sprzed lat – myśli Hermiona, uważnie się mu przypatrując.
Jego włosy są
znacznie dłuższe; zakrywają mu uszy i zasłaniają oczy. Draco nie zaczesuje ich
już tak jak wcześniej i nie sprawia, że wydają się – jak mówił kiedyś Harry –
ulizane. Jego kości policzkowe są wydatniejsze; teraz wygląda dojrzalej i
poważniej. Hermiona zagryza wargę – siedzi na tyle blisko, by zauważyć małą
bliznę biegnącą po jego policzku. Jest ledwie widoczna i bardzo trudno jest w
ogóle zwrócić uwagę na jaśniejszy odcień skóry przy już i tak bladej karnacji
chłopaka, jednak światło świecy pada tak, że Hermiona ją dostrzega. Od razu
zastanawia się, co jest powodem tej małej niedoskonałości; czy to rana, która
została zadana mu w czasie walki w wojnie, czy coś innego?
– Cały czas
się zastanawiam…
Draco otwiera
oczy tak niespodziewanie, że Hermiona niemal wydaje z siebie okrzyk
zaskoczenia. Szybko odwraca głowę, ciesząc się, że jej włosy są rozpuszczone i
mogą zasłonić rumieńce pojawiające się na jej policzkach. Czuje wstyd z powodu
tego, że Malfoy przyłapuje ją na obserwowaniu.
– Wciąż myślę i głowię się nad tym, co tak
naprawdę sprawiło, że mi pomagasz? – kontynuuje Draco, delikatnie pochylając
się w stronę dziewczyny.
– Mówiłam ci –
mamrocze Hermiona, nawet na niego nie spoglądając.
– Nie,
Granger, rzucałaś ogólnikami. Powiedz, co naprawdę sprawiło, że postanowiłaś mi
pomóc.
Draco czeka,
aż dziewczyna odwróci się w jego stronę. W końcu, po upływie kilku pełnych
napięcia minut, Hermiona niechętnie spogląda na niego. Jej spojrzenie niemal
pali mu skórę i Draco nagle czuje potrzebę skończenia tematu, który tak
nieumyślnie zaczął, a który nadal nie daje mu spokoju.
– Kochasz
swoją mamę, prawda?
– Jest dla
mnie najważniejsza – mówi z naciskiem, ale zaraz kręci głową; przypomina sobie
o Blaisie, Teodorze, Pansy, a teraz i może o Astorii, i poprawia się: – Jest
jedną z najważniejszych osób w moim życiu.
– Nie
chciałbyś jej stracić?
Odpowiedzi na
jej pytania są oczywiste i Draco powoli traci cierpliwość. To nie jest to, co
chce usłyszeć! Pragnie dowiedzieć się w końcu, dlaczego tak bardzo angażuje się
w pomoc, co jest tego powodem.
– Nie
chciałbyś, prawda? – naciska Hermiona.
– Nie, nie
chciałbym – odpowiada w końcu ze złością.
Hermiona kiwa
głową i wykrzywia twarz w grymasie bólu. Draco ma wrażenie, że w jej oczach
zaczynają lśnić łzy, przekonuje się, że to prawda, gdy dziewczyna odzywa się
zdławionym głosem:
– Ja swoją
straciłam… I nie tylko ją… Straciłam oboje rodziców – szepcze.
Draco zaciska
zęby. Uderza w niego cały ból, który Hermiona tak skrzętnie ukrywa pod maską
nadziei. Nie wie, jak właściwie postąpić, jak sprawić, że z oczu dziewczyny
znikną łzy i pojawi się w nich znów ten błysk, który nieustannie go prześladuje
i który przypomina mu o tym, jak silny charakter ma Granger.
– Co się
stało? – pyta prawie niedosłyszalnie.
Hermiona
pochyla głowę i odpowiada równie cicho:
– Wymazałam im
pamięć o mnie.
Ból, jaki
przepełnia serce dziewczyny jest ogromny, a wspomnienie o tym smutnym dniu
ponad rok temu cały czas tkwi w jej umyśle. Chciałaby znów przytulić się do
ojca, usłyszeć radosny śmiech matki, ale wie, że to niemożliwe: nie ma pojęcia,
gdzie znajdują się jej rodzice. Jedna myśli wraca do niej w najczarniejsze
noce; może straciła ich już na zawsze?
Draco spogląda
na swoje dłonie i w końcu jedną z nich – drżącą niezwykle mocno – wyciąga w
kierunku Hermiony. Zaciska swoje palce na jej; chudziutkich, lecz długich
niczym palce pianisty. Przez jego umysł przebiega myśl: Czy Hermiona potrafi
grać?
Dotyk chłopaka
jest palący, ale od razu sprawia, że z oczu Hermiony znikają łzy. Spogląda z
przerażeniem na palce Draco złączone z jej. Takie poufne zachowanie nigdy nie
powinno mieć miejsca. Zaciska zęby i delikatnie, ale pewnie wyswobadza swoją
dłoń, pozbywając się ciepła płynącego z ciała Malfoya.
– Będzie
dobrze, Granger – odzywa się zduszonym głosem Draco. – Jesteś jedną z
najsilniejszych osób, które znam.
Uśmiecha się
słabo, a Hermiona czuje, że mogłaby mu zaufać.
***
Sobota
zapowiada się wyjątkowo ładnie; słońce świeci nisko nad ziemią, a śnieg lśni w
jego promieniach. Teodor zdaje się być zadowolony: Marietta będzie miała okazję
zobaczyć wioskę w całej okazałości.
Od rana
chłopak chodzi wyraźnie podekscytowany, nieustannie się uśmiecha i zdaje się
być z dala od świata przyziemnego. Pansy jeszcze przed śniadaniem zdążyła z
niego zażartować:
– Jak dalej
będziesz chodził z głową w chmurach, to jest duże prawdopodobieństwo, że w
ogóle nie spotkasz Marietty, bo jej nie zauważysz.
Nic jednak nie
jest w stanie sprawić, że jego doskonały humor zniknie. Co może poradzić na to,
że tak bardzo cieszy się na spotkanie z dziewczyną? Jego umysł zaprząta tylko
jej osoba: jej włosy, rysy twarzy, oczy i uśmiech; delikatny, ale szeroki,
rozjaśniający jej pięknie skrojone usta. Teodor jest niemal pewien, że Mari nie
jest mu obojętna, choć nigdy w życiu nie przyznałby się do tego przed
przyjaciółmi. Jak inaczej mógłby wyjaśnić fakt, że nieustannie o niej myśli? Że
śni o niej i są to sny niezwykłe, których spełnienia pragnie?
Teodor
uśmiecha się lekko i pochyla głowę tak, by skryć się przed zimnym wiatrem. Mimo
że słońce daje nieco ciepła, nie jest ono wystarczające. Mróz jest całkiem
duży, ale tym lepiej; śnieg utrzyma się znacznie dłużej.
Droga
prowadząca do Hogsmeade jest jeszcze opustoszała. Tylko gdzieniegdzie można
spotkać jakąś grupkę uczniów śpieszących w kierunku Miodowego Królestwa;
najpewniej chcą zrobić duże zapasy słodyczy i boją się, że wszystkie ich
ulubione smakołyki zostałyby wykupione, gdyby spóźnili się choć trochę.
Teodor staje
na stacji kolejowej, jeszcze zanim duży zegar wiszący na budynku dworca wybija
godzinę dziewiątą. Niedługo powinien przyjechać pociąg Marietty; dziewczyna
jedzie najpierw z Glasgow, miejsca, gdzie odwiedza rodzinę, do Dumfries, a
stamtąd bezpośrednio do Hogsmeade. To Teodor nalegał na to, aby Marietta
przyjechała pociągiem, a nie teleportowała się; dziewczyna nigdy wcześniej nie
była w wiosce, więc nie zna dokładnego miejsca, do którego miałaby się
przenieść. Teodor wolał, aby nie ryzykowała.
Gdy zegar
wybija godzinę dziewiątą dziesięć, na stację wjeżdża czarna lokomotywa. Hałas,
jaki powoduje, ogłusza Teodora tak, że krzywi się nieznacznie. Dodatkowo z jej
kominów ulatnia się nieprzyjemny zapach dymu, który odurza chłopaka. Na stacji
wysiada zaledwie pięć osób; starsze małżeństwo, kobieta z małym dzieckiem, może
pięcio- bądź sześcioletnim, i chłopak, który ma około dwudziestu kilku lat.
Nikt więcej nie pojawia się na mroźnym peronie.
Teodor
rozgląda się. To niemożliwe, przecież Marietta miała przyjechać tym pociągiem,
kolejny z Dumfries zatrzyma się tutaj dopiero o dwunastej piętnaście. Marszczy
brwi i próbuje dostrzec coś przez zaparowane szyby lokomotywy, próbuje zauważyć
jej rdzawozłote włosy; niestety bezskutecznie.
– Czeka pan na
kogoś? – pyta mężczyzna w podeszłym wieku, konduktor, jak zauważa Teodor po
jego stroju, wcześniej nie zwrócił na niego uwagi.
– Na swoją
przyjaciółkę, miała przyjechać tym pociągiem… – odpowiada, marszcząc swoje
ciemne brwi. Jest zmartwiony i cały się trzęsie.
– Tym
pociągiem jechała zaledwie garstka osób – mruczy mężczyzna. – I na pewno nie
było tam żadnej młodej dziewczyny. Może się panu coś pomyliło.
– Czy to
pociąg z Dumfries? – pyta Teodor, aby się upewnić, konduktor kiwa potakująco.
– Może
pomieszały się panu godziny?
– Możliwe,
dziękuję.
Teodor odwraca
się i wkłada dłonie do kieszeni. Jest pewien, że to był ten pociąg. Ma zbolałą
minę, a jego umysł zaprząta jedno pytanie: Dlaczego Marietta nie przyjechała?
***
Śniadanie mija
Draco wyjątkowo szybko, teraz chłopak ubrany w gruby, czarny płaszcz i zielony
szalik z godłem Slytherinu, stoi przed wejściem do szkoły. Astoria prosiła go,
by tu na nią czekał – musiała wrócić jeszcze do Pokoju Wspólnego po
portmonetkę, której zapomniała.
Chłopak opiera
się o jeden z filarów z nieznacznym uśmiechem; nie może się doczekać tego, jak
minie mu dzisiejszy dzień. Sam fakt, że spędzi go z Astorią sprawia, że ma
ochotę oznajmić wszystkim, że od dawna nie czuł się tak dobrze. Mijający go
uczniowie posyłają w jego kierunku ponure spojrzenia, pełne widocznej niechęci,
ale od dłuższego czasu nie robi to na nim wrażenia – przyzwyczaił się już.
Nagle zauważa charakterystyczne brązowe loki i prostuje się, by przyjrzeć się
uważniej ich właścicielce. Hermiona idzie otoczona swoimi przyjaciółkami,
wyglądają zabawnie; rude, brązowe i jasne włosy dziewcząt splatają się ze sobą
targane wiatrem i tworzą piękną, kolorową wariację. Draco wpatruje się w nie
jak zahipnotyzowany, właśnie w tym momencie Hermiona – jakby czując jego
spojrzenie – odwraca się w jego kierunku. Spogląda na niego ze zmrużonymi
oczami, by po chwili uśmiechnąć się do niego i kiwnąć głową na powitanie. Draco
również lekko chyli głowę i nieco bardziej unosi kąciki swoich ust. Wpatruje
się w oddalającą sylwetkę Hermiony z westchnieniem cisnącym się na usta.
Wczorajszy wieczór wciąż tkwi w jego wspomnieniach.
Lubię
obserwować to jak rozwija się ich relacja. Patrzę na to, co się wokół nich
dzieje i nie mogę powstrzymać śmiechu; to wszystko jest takie niepewne,
nieporadne i strachliwe. Próbują udawać nienawiść, ale prawda jest taka, że
między nimi nigdy jej nie było. Nie zapominajmy o tym, że wiem wszystko; nic
nie jest mi obce. To, co czuli względem siebie wcześniej, nie było nienawiścią;
było mieszaniną wściekłości, żalu i smutku. Z roku na rok stawali się wobec
siebie coraz ostrzejsi, ale nigdy nie zrodziła się między nimi prawdziwa nienawiść.
Bo cóż zwiemy nienawiścią? Czy nie łączy się ona z pragnieniem wyrządzania
krzywdy? Zadania cierpienia? Czy gdy nienawidzimy, nie czujemy przypadkiem
niechęci niemal tak obsesyjnej, że zdolni byśmy byli do zabójstwa? To zwiemy nienawiścią… A relacja Hermiony i
Draco nigdy nią nie była… Niechęcią, żalem i rozgoryczeniem – takimi uczuciami
się darzyli, ale niczym więcej.
Czym więc
darzą siebie teraz? Ja już to wiem, od zawsze mam świadomość tego, jak potoczą
się ich losy. Ale czy oni już to wiedzą?
Jeszcze nie,
ale niedługo zrozumieją.
– Draco,
jestem!
Astoria staje
obok chłopaka w swoim beżowym płaszczyku, jej kasztanowe włosy opadają na
kołnierzyk, a oczy lśnią z podekscytowania. Draco uśmiecha się na ten widok.
– Ślicznie
wyglądasz.
– Dziękuję –
szepcze, pochyla głowę, by ukryć twarz przed palącym wzrokiem chłopaka.
Draco uśmiecha
się szeroko i wyciąga rękę w kierunku dziewczyny. Ten gest sprawia, że jej
serce bije jeszcze szybciej. Spogląda niezdecydowanie na Draco, ale ten tylko
mruga do niej, z błyskiem w oczach. Astoria śmieje się i ujmuje jego dłoń.
Oboje czują coś zupełnie przeciwnego: Astoria przyjemne ciepło rozchodzące się
po całym ciele, a Draco uczucie dziwnej niepewności. Jakby coś w jego sercu
krzyczało, że to nie jest ta dłoń, którą powinien trzymać.
Teraz to
uczucie jest przez Draco ignorowane, ale wkrótce obezwładni go całego.
***
Ginny, Luna i
Hermiona spacerują po Hogsmeade. Uliczki miasteczka pokrywa gruba warstwa
śniegu, a gdzieniegdzie szklana tafla lodu skrzy się i tylko czeka, aż
nieuważny przechodzień wejdzie na nią i upadnie z łoskotem na ziemię. Podążam
krok za krokiem za dziewczętami i z uwagą słucham ich rozmów. Hermiona i Ginny
śmieją się, ale Luna wydaje się być nieobecna, choć stara się, by żadna z przyjaciółek
nie zauważyła jej pełnego niepokoju spojrzenia.
– Nawet nie
wiecie, jak wielką ochotę mam na cukrowe pióra! – wyznaje rozmarzonym głosem
Hermiona.
Ginny uśmiecha
się szeroko i trąca przyjaciółkę łokciem.
– Nawet twoje
ulubione słodycze mają coś wspólnego z nauką.
Hermiona w
odpowiedzi wzrusza ramionami i unosi kąciki ust.
– I tak wiem,
Ginny, że już nie możesz się doczekać, żeby zabrać mi kilka piórek…
Luna spogląda
na przyjaciółki zamglonym wzrokiem. Uśmiecha się, bo wie, że dziewczyny
oczekują jej reakcji, ale tak naprawdę myślami jest zupełnie gdzieś indziej. Od
ostatniej bardzo poważnej rozmowy z Hermioną dużo się zastanawia i doszła do
wniosku, że musi coś zmienić. Podjęła decyzję trudną i może z pozoru nie
najlepszą, ale czuje, że właściwą pod każdym względem. To, co zamierza zrobić,
uwolni kilka osób od skutków nieprzemyślanego działania, które miało miejsce
jakiś czas temu.
– Lunka?
Jesteś z nami? – Ginny chrząka wyraźnie zaciekawiona.
– Lunka… –
Śmieje się cicho panna Lovegood. – To określenie zawsze mnie bawiło.
Ginny wzrusza
ramionami, a Hermiona uśmiecha się.
– Brzmi ładnie
i słodko. Powinnaś się cieszyć, że nazywamy cię tak pieszczotliwie.
Hermiona stara
się brzmieć zabawnie i wychodzi jej to całkiem naturalnie. Naprawdę jednak
widzi smutek w oczach Luny i czuje, że jest on spowodowany rozmową, którą
niedawno odbyły. Jest też niemal pewna, że Ginny również dostrzega ten żal w
oczach blondynki. Zagryza wargę, gdy Luna i Ginny pogrążają się w rozmowie.
Obserwuje je z ukosa z niepewną miną. Nie chce, by kiedykolwiek powstała między
nimi nić sporu, i czuje, że będzie musiała jak najszybciej doprowadzić do tego,
aby porozmawiały ze sobą na temat niekoniecznie łatwy…
Jej
przyjaciółki niezwykle mocno się zaplątały, a ona musi zrobić wszystko, aby
łącząca je więź nie uległa rozerwaniu, gdy już zaczną szukać wyjścia z tego
kłębowiska niewłaściwych, zgubnych sytuacji.
Pół dnia mija
im na chodzeniu po sklepach i wiosce. W końcu Hermiona zaciąga Ginny i Lunę w
okolice Wrzeszczącej Chaty i z całych sił zagryza wewnętrzną stronę policzka,
gdy widzi miejsce, w którym zwykła zatrzymywać się z Harrym i Ronem.
– Wiecie, że
Wrzeszcząca Chata to rzekomo najbardziej nawiedzone miejsce w Wielkiej
Brytanii. – Jej głos się łamie, gdy kończy ostatnie słowa. Zawsze powtarzała je
Harry’emu i Ronowi, a teraz… Teraz ich już tu z nią nie ma.
Ginny, widząc
drżącą przyjaciółkę, podchodzi do niej i obejmuje ciasno ramionami. Luna robi
to samo tak, że stoją teraz w trójkę, przytulone do siebie mocno, niemal z
desperacją.
– Wszystko się
popsuło – szepcze Hermiona.
– Być może
psuło się już wcześniej, tylko my – głupie – nie umiałyśmy tego dostrzec –
stwierdza ze zbolałą miną Ginny. Czasami zapomina o tym, że po tej stracie nie
tylko ona cierpi; że jest jeszcze Hermiona, która przecież kocha Harry’ego
równie mocno.
– Naprawimy
to, razem możemy więcej.
Luna mocniej
przytula przyjaciółki i kryje twarz w rudych włosach Ginny. Czasami to ona musi
podnosić je na duchu i stawiać na nogi, ale czy właśnie nie tak wygląda
przyjaźń? Czy nie polega ona na zrozumieniu, bliskości i zwykłej,
niezastąpionej obecności?
Jeszcze przez
jakiś czas chodzą po Hogsmeade, ale gdy zbliża się południe, są zbyt
zmarznięte, by dalej odwiedzać różne zakątki wioski, więc kierują się w stronę
Trzech Mioteł, wszystkie trzy mają ochotę na ciepłe piwo kremowe i kawałek
szarlotki.
– Dawno nie
cieszył mnie tak bardzo widok kominka! – rzuca Ginny i jeszcze bliżej przysuwa
się w stronę wcześniej wspomnianego paleniska.
– Miałyśmy
szczęście, że ten stolik się zwolnił. – Hermiona zdaje się być niemal wzruszona
z tego powodu, Ginny i Luna śmieją się z wyrazu jej twarzy.
Rozmawiają na
błahe tematy, a w między czasie kelnerka osobiście przynosi do nich zamówienia.
Gdy stawia talerzyk z ciastem i kufelek piwa przed Hermioną, ze łzami w oczach
dziękuje jej za to, że przyczyniła się do pokonania Voldemorta, następnie te
same słowa kieruje do Luny, a później jej wzrok pada na Ginny. Jej spojrzenie
wyraża wielkie współczucie, kładzie dłoń na ramieniu rudowłosej i szepcze
pocieszająco:
– Nie pozwól,
by jeden młodzieńczy błąd zniszczył całą miłość, jaką w sobie nosisz…
Mówi
zagadkowo, ale Ginny rozumie jej słowa doskonale, co więcej czuje, że niosą
prawdziwe przesłanie, mogące pomóc Ginny w tych najsmutniejszych chwilach
pełnych zwątpienia w Harry’ego.
Jedna, pełna
godzina mija im na zwyczajnych rozmowach, pozbawionych głębszego sensu; są to
zwykłe, niezobowiązujące rozmowy przyjaciółek, które odcięły się od swoich
problemów. Jednak po pewnym czasie czują, że takie udawanie staje się męczące.
To Ginny decyduje się przerwać te głupiutkie ploteczki na błahe tematy.
– Wczoraj
przyszedł list od moich rodziców – zaczyna.
W jej oczach
lśni szczęście, ale za tymi iskrami można dostrzec niepewność. Hermiona pochyla
się w jej kierunku z niemym pytaniem brzmiącym na ustach.
– Piszą, że
wszystko u nich dobrze, ale dostali wiadomość od Harry’ego i Rona; nie pojawią
się w Norze na święta.
– Piszą
dlaczego? – Luna marszczy brwi, wyraźnie zirytowana tą wiadomością, nie może
zrozumieć postępowania chłopaków.
– Po prostu
mają już plany, chcą spędzić ten czas z kimś innym – mówi zdystansowanym,
odciętym od wszelkich emocji, głosem Ginny.
– Dobrze, że
podjęli taką decyzję – odzywa się chłodno Hermiona. Zarówno Ginny jak i Luna
zdają się być zaskoczone jej tonem. –
Nie są już tymi osobami, które pamiętamy, zniszczyliby tylko ten magiczny czas.
Ginny kiwa
głową, choć czuje inaczej. Po przeczytaniu listu od rodziców przepłakała pół
wieczoru, nie mogąc znieść myśli, że Harry za wszelką cenę, chce się od niej
odciąć. Wie jednak, że jej obowiązkiem jest bycie silną; dla Luny, dla
Hermiony, dla rodziców, a przede wszystkim dla siebie samej.
– Hermiono,
ale ty będziesz, prawda? – pyta, choć odpowiedź jest dla niej niemal oczywista,
już nie pamięta, kiedy razem nie spędzały Bożego Narodzenia.
Hermiona
odwraca wzrok. Ginny pochyla się w jej stronę w skupieniu błyszczącym w
brązowych oczach.
– Nie chcesz
mi chyba powiedzieć, że nie przyjedziesz?
– To będą pierwsze święta po wojnie i po
stracie… – Nie musi kończyć, przyjaciółka wie, o czym mówi, a właściwie, o kim
mówi. – Ja.. Moja obecność tam nie wydaje się mi właściwa. Powinniście ten czas
spędzić wspólnie, nacieszyć się sobą i tym, że udało wam się znów odnaleźć
drogę do siebie. To mają być wasze rodzinne święta.
– Ale,
Hermiono… – W oczach Ginny lśnią łzy. – Przecież ty też jesteś częścią rodziny.
– Przepraszam,
ale nie mogę.
Luna czuje, że
powinna się odezwać, dlatego chrząka cichutko i zaczyna słabym głosem:
– Jeśli tylko
byś chciała, Hermiono, możesz spędzić święta ze mną. Tata bardzo by się
ucieszył, często wspomina o tobie w listach, bardzo
mu zaimponowałaś swoją wiedzą i racjonalnym spojrzeniem na świat. Co jest
dziwne, w końcu wiesz, jaki on jest.
Luna uśmiecha
się zachęcająco. Czułaby się doskonale, mając u swojego boku przyjaciółkę w
czasie świąt, ale coś w spojrzeniu Hermiony, mówi jej, że jednak jest to
niemożliwe.
– Dziękuję,
ale ten czas musicie poświęcić swoim rodzinom – szepcze miękkim głosem.
Dziewczęta zauważają, że Hermiona decyzję podjęła już dawno.
– A ty? Nie
możesz spędzić Bożego Narodzenia samotnie… – mówi z przerażeniem Luna, mocno
kręcąc głową, jej blond kosmyki wirują wokół jej twarzy. – Nie pozwolimy ci na
to.
– Nie spędzę
go samotnie. Będę wspominać czasy, gdy jeszcze miałam rodzinę.
Ginny wydaje z
siebie okrzyk zdumienia i łapie przyjaciółkę za łokieć. Odwraca ją w swoją
stronę i ze zmrużonymi oczami, w których czai się wściekłość, odzywa się:
– Nigdy więcej
tak nie mów. My jesteśmy twoją rodziną i nic nigdy tego nie zmieni.
Hermiona tylko
uśmiecha się miło i nie odpowiada. I tak postawi na swoim. Tegoroczne Boże Narodzenia
pragnie spędzić na rozmyślaniach i próbie zrozumienia wielu rzeczy. Wie, że to
będzie dla niej pełen refleksji czas.
Kolejne pół
godziny mija im na lekkiej rozmowie na temat nadchodzącego końca semestru. Mimo
że mówią swobodnie, gdyby ktoś uważnie wsłuchał się w głos którejś z nich,
wyczułby łagodne drżenie, tak delikatne jak muskanie motylich skrzydeł.
– Zbliża się
czternasta – mamrocze pod nosem Ginny.
– Coś się
stało? – Luna marszczy brwi, choć jej serce zaczyna bić szybciej,
niespokojniej, przeczuwa już, dlaczego rudowłosa zbiera się do wyjścia.
– Obiecałam
komuś spacer.
Hermiona pochyla się nad filiżanką gorącej, wiśniowej
herbaty, podanej jej przed chwilą. Do tej rozmowy nie może się wtrącić.
– Komu? – pyta
Luna, mimo że zna odpowiedź, chce usłyszeć to od Ginny.
Rudowłosa
zagryza wargę, a po chwili dodatkowo wzdycha, jakby próbowała się uspokoić. I
najwyraźniej to pomaga, bo odzywa się kojącym głosem:
– Umówiłam się
z Blaise’em, będzie na mnie czekał koło Miodowego Królestwa.
Luna opuszcza
głowę, a Ginny czuje wielkie wyrzuty sumienia, jej serce niemal łamie się na
widok tak smutnej postawy Luny.
– Baw się
dobrze, Ginny – szepcze.
– Do
zobaczenia później…
Ginny wygląda
tak, jakby chciała coś jeszcze dodać, ale ostatecznie odwraca się do wyjścia.
Gdy jest już na dworze, Hermiona macha do niej zza szyby i kiwa głową,
delikatnie się przy tym uśmiechając. Chce jej w ten sposób pokazać, że będzie
dobrze.
– Wiele
rozmyślałam o tym wszystkim… – odzywa się Luna po długim czasie milczenia
panującego między nimi.
– Co masz na
myśli? – pyta Hermiona, spoglądając na przyjaciółkę ciepłym, dodającym otuchy
wzrokiem.
– Wydaje mi
się, że poukładałam sobie wszystko… Prawdę mówiąc, całą noc poświęciłam na
podjęcie właściwej decyzji… Muszę być uczciwa, zarówno wobec siebie jak i wobec
Neville’a. Nie mogę nas obojga oszukiwać, bo wówczas będziemy tylko się
nawzajem ranić, a nie o to przecież chodzi. Może na początku to będzie bolało…
Nie, na początku to na pewno zaboli, ale później to minie, wiesz… Chodzi o to…
Chodzi o to, że chcę się rozstać z Neville’em. Nie pasujemy do siebie. Jesteśmy
zupełnie różni, a w dodatku czuję, że to, co wydawało się nam miłością, tak
naprawdę było potrzebą znalezienia stabilizacji
i zrozumienia, a wszystko przez wojnę i to, co działo się potem. Jestem
przekonana, że kocham Neville’a, ale nie jako chłopaka, a jako przyjaciela,
którym zawsze dla mnie był i którym będzie.
Hermiona milczy,
wpatrując się w Lunę spokojnym, łagodnym spojrzeniem. Luna jednak zdaje się
tego nie dostrzegać, zbyt zatopiona w swoich rozmyślaniach.
– Dosyć już
osób zraniłam. Prawda jest taka, że zakochałam się w Blaisie… A swoją ucieczką
przed tym uczuciem sprawiłam, że jest na mnie niezwykle wściekły, będę musiała
go przeprosić i wszystko wyjaśnić… Nie powiem mu jednak tego, co do niego
czuję… Nie patrz na mnie takim zaskoczonym wzrokiem, Hermiono. Tak będzie
lepiej… Nic się nie skomplikuje, a on dalej będzie mógł spędzać czas z Ginny
bez poczucia ciążącej na nim świadomości i swego rodzaju odpowiedzialności za
moje serce. Ginny cierpi naprawdę mocno po stracie Harry’ego, a po spotkaniach
z Blaise’em zdaje się odżywać. Jest promienna i uśmiechnięta, to dobrze jej
robi, a ja nie chcę, by przez moje głupie uczucia cokolwiek się między nią a
Blaise’em zmieniło.
– Nie mów tak,
twoje uczucia nie są głupotą, Luno! – zaprzecza gorliwie Hermiona.
Luna kręci
głową i uśmiecha się lekko.
– Neville’owi
powiem niemal całą prawdę… Wyjaśnię mu, że zauważyłam, że tak naprawdę zbyt
wiele nas dzieli, byśmy mogli tworzyć związek. Przeproszę go i będę liczyć na
to, że wybaczy mi to. Wydaje mi się też, że nasze rozstanie dobrze na niego
podziała. Będzie mógł dostrzec kogoś, kto naprawdę do niego pasuje.
– Hannę –
mruczy Hermiona. Od dłuższego czasu wie, że ta dwójka dopełnia się pod każdym
względem, nie śmiała jednak nawet o tym wspomnieć. Nie byłaby w stanie sprawić
takiej przykrości Lunie.
– Wyglądają
razem naprawdę ładnie, ale tu nie o to chodzi. Rozumieją się bez słów, potrafią
godzinami rozmawiać o roślinach i cieszy mnie to naprawdę mocno. Neville
zasługuje na kogoś takiego, jest fantastycznym chłopakiem.
– Jesteś
pewna, Luno? – Hermiona pyta drżącym głosem.
– Od dawna nie
byłam czegoś tak bardzo pewna jak teraz.
Patrzą sobie
głęboko w oczy, aż w końcu Hermiona przesuwa się w stronę przyjaciółki i
wyciąga w jej stronę ramiona. Obejmuje ją mocno, pozwalając, by kilka łez
spłynęło na jej ażurowy sweterek.
– Neville
będzie szczęśliwy, Blaise będzie szczęśliwy, Ginny też będzie szczęśliwa. Ale
gdzie jest miejsca na twoje szczęście? – Hermiona cały czas głaszcze
przyjaciółkę po włosach.
Luna śmieje
się nieco sztucznie.
– Moja
przyjaciółka będzie szczęśliwa, odzyskam Neville’a i być może Blaise przestanie
być na mnie zły… To w zupełności mi wystarczy, możesz uznać to za moje
szczęście.
Hermiona
uśmiecha się słabo. Luna poświęca swoje uczucia po to, aby uszczęśliwić innych.
Czuje, że oczy zaczynają ją piec, tak bardzo żal jest jej dziewczyny; nigdy nie
była samolubna, zawsze nad własne zadowolenie stawiała innych i nawet teraz,
gdy chodzi o jej serce, też to robi.
– A powiesz
Ginny o tym, co czujesz do Blaise’a?
– Wydaje mi
się, że ona już to wie, w każdym razie na pewno się domyśla. Ale powiem, chcę
być wobec niej szczera.
Hermiona kiwa
głową. Żałuje, że nie ma mocy, która sprawiłaby, że choć w minimalnym stopniu
ulżyłaby przyjaciółce. Jest zła na siebie, że musi pozostać bierną, ale wie, że
tym razem nie może się wtrącać. Mimo to odzywa się jeszcze raz kojącym głosem:
– Musisz
wiedzieć, że rozumiem każdą twoją decyzję i że masz moje wsparcie, Luno.
– Wiem,
Hermiono. Dziękuję.
Zrozumienie
jest fundamentem wzajemnych relacji. Cieszę się, że ludzie, których obserwuję, na zrozumieniu, oprócz przyjaźni, budują całe swoje życie.
Brak mi słów...
OdpowiedzUsuńAż mi się smutno zrobiło gdy opisywałaś uczucia i postanowienie Luny.
Szkoda,że Hermiona nie spędzi świąt z Ginny ani z Luną, ale coś czuję,że to zbliży ją do Draco.
A i wgl ta scena gdy Hermiona wyjaśnia Draco dlaczego mu pomaga była piękna...
Dlaczego Marietta nie przyjechała i wystawiła Teo?
Mam nadzieje, że rozwiniesz bardziej co się dzieje
z Harrym i z Ronem.
Czekam na kolejny rozdział i weny :*
~gwiazdeczka
Dziękuję bardzo serdecznie :*! Cieszy mnie niezmiernie, że rozdział wywołał tyle emocji ;).
UsuńJeśli chodzi o to, dlaczego Marietta nie przyjechała - wszystko wyjaśni się w kolejnym rozdziale, i będzie to wyjątkowo zaskakujące... ;) Będzie to miało w pewnym sensie związek z wydarzeniami wokół których będzie kręcić się kolejna części ;). I jeśli chodzi o Rona i Harry'ego - nie zapomniałam o nich :D. Wszystko się wyjaśni, tylko trzeba poczekać na część trzecią :D A ona już niedługo - bo za trzy,cztery rozdziały...
Jeszcze raz dziękuję <3!
Aaaa rozdział!
OdpowiedzUsuńRety sporo o uczuciach trochę.
Szkoda mi Luny. Nie sądziłam że można ich połączyć ale jednak.
Całkiem ciekawie wyglądają jako para i szkoda że ona postanowiła tak a nie inaczej.
A Ginny? Czy ona też coś czuje do Blaise? Czy nadal tęskni za Harrym?
I jeszcze w dodatku Astoria i Draco. Tych dwoje zdecydowanie zaczyna coś łączyć, chociaż Draco jest za ostrożny w swoich poczynaniach.
Nie dziwię mu się. Naprawdę sporo przeszedł i zasługuje na chwilę spokoju.
Tylko co z Hermioną?
Aj zdecydowanie wiele pytań postawiłaś i umieram z ciekawości co będzie dalej.
Wiesz że cię uwielbiam xp
Nie przestanę śledzić tego bloga i czytać na bieżąco.
pozdrawiam.
p.s. jak coś u mnie nowy rozdzialik :)
Tak, wiem, ten rozdział to taka bomba emocjonalna, ale mam wrażenie, że większość rozdziałów taka jest - nie ukrywajmy, Wschód nawet w minimalnym stopniu nie jest opowiadaniem, które jest wesołe i szczęśliwe, co więcej - nigdy nie miałam zamiaru tworzyć go takiego :D
UsuńWszystko się wyjaśni: Co z Harrym, co z Ginny i Blaise'em. Co z Astorią i Draco... Muszę jednak przypomnieć: pamiętajmy, że to Dramione ;)
Jeśli chodzi o rozdział u Ciebie: wybacz, ze mnie tyle nie było, mam do nadrobienia nie tylko ten, ale - o ile się nie mylę, jeszcze jeden wstecz i bonus... Ale spokojnie, na pewno będę, tylko niech mi terminy się poluzują, bo aktualnie ledwie mogę oddychać.
Jeszcze raz dziękuję! :*
Hejo hejooo :D
OdpowiedzUsuńGratuluje 3 miejsca! Nie znam prawie żadnego z pozostalych kandydujących blogów, ale i bez tego wiem, że powinnaś wygrać!
Jestem fanką Dramione. Co ja pisze, jestem psychofanką Dramione, więc zwykle w każdym komentarzu skupiam się na tym. Jednak nie mogłam nie wspomnieć o postawie Luny, która mnie po prostu powaliła, żeby nie powiedzieć zrównała z ziemią. Największe poświęcenie dla drugiego czlowieka jest wtedy, gdy poświęcamy dla niego własne szczęście. Powtórzę to jeszcze raz - piękna postawa!
Nawet nie będę się rozpisywać o tym, co zrobili Draco z Hermioną! Zwykłe dotknięcie się (nawet jednym paluszkiem) to dla nich ogromny krok milowy i jestem z nich dumna! :D
A teraz wisienka na torcie, czyli kawałeczek tekstu, z którym po części mogę się utożsamić: "Czasami zamykam się na ludzi; na przyjaciół, znajomych i wszystkich wokół siebie.
Czasami po prostu przekręcam klucz i sprawiam, że nic i nikt do mnie nie dociera. Mogę myśleć i czuć tak jak tylko zapragnę. Nie musze przejmować sie tym jak zareagują bliskie mi osoby, nie przejmuję się tym, że mogą zacząć się o mnie martwić, bo wiem, że kolejnego dnia znów będę takim, jakiego oczekują"... Chylę czoła. Niby proste słowa, a ile w nich prawdy...
Podsumowując: padłam, leżę i nie wstaję.
Pozdrawiam, Iva Nerda
kiedyjestesprzymniedramione.blogspot.com
Dziękuję za cieplutkie słowa! :*
UsuńCóż, sama się zdziwiłam, gdy pisałam wyznanie Luny, prawdę mówiąc do końca nie byłam pewna, co chcę zrobić, ale jestem zadowolona z takiego rozwiązania ;).
Uwielbiam scenę Draco i Hermiony! Naprawdę, nie mogę o niej przestać myśleć, ani nie mogę wyrzucić z głowy kolejnych, które nastąpią :D!
Oczywiście jak zwykle czekałam na Twój ulubiony fragment z opowiadania i powiem, że mnie zaskoczyłaś :D. Ale bardzo mnie cieszy to, ze ten fragmencik tak bardzo przypadł Ci do gustu - też go lubię ;)!
Dziękuję bardzo, bardzo mocno raz jeszcze :*!
+ Wstań, bo się przeziębisz :D ;)!
Ojej biedna Luna :( No ale może to lepiej, po co tkwić w związku bez przyszłości? Moją ulubioną sceną jest ta gdy Draco i Hermiona milczą. Między nimi jest coś niezwykłego <3
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Arcanum Felis
Dziękuję serdecznie za komentarz! :*
UsuńCóż, masz rację, co do sytuacji Luny. Chciała być szczera z Neville'em i nie chciała go ograniczać, zwłaszcza że widziała, że coś zaczyna się dziać między nim a Hanną.
#MagiczneSmakołyki #DyniowePaszteciki
OdpowiedzUsuńPo pierwsze – Dramione awww, widać, że lody topnieją, są naprawdę szczere rozmowy, serce mi na nie drga. :)) Jest tam jeden fragment w poprzednim rozdziale, którym mnie to totalnie zauroczyłaś. Ten, gdy Hermiona opisuje twarz Draco, jedna część jest ukryta w mroku, gdy on opiera policzek o szybę, a druga jaśnieje w blasku świec. Dosłownie miałam tę scenę przed oczami. Cudownie opisane! *-*
A dalej… Pojedynek! To taki grząski temat do pisania, można łatwo odebrać całą magię, ale nie martw się, Tobie się totalnie ten fragment udał. Do samego końca zastanawiałam, czy któreś z nich zwycięży, czy któregoś z nich nie poniesie ta głęboko zakorzeniona wrogość (dawniej, wiem, ale ich relacja jest taka krucha) . I ktoś powie słowo za dużo, ktoś rzuci gorsze zaklęcie i cała ich ledwo zbudowana nić porozumienia pójdzie z dymem. Ale uff! Odetchnęłam z ulgą na koniec. :)
Z tego rozdziału pierwszy fragment, zapis z notesu Draco, chwycił mnie za serducho. Ja tak często mam, że się właśnie zmykam i po prostu jestem tylko dla siebie. Zwykle nie spodziewamy się znajdować w tekstach tak dobitnie cząstki samych siebie, ale czasami właśnie trafi się taki fragment, który w nas na maxa uderza.
I – uwaga, uwaga – mam nową teorię! Kto może być narratorem-bogiem? Kto wszystko wie o bohaterach? Od tego, jak wyglądają, przez to, co myślą, aż w końcu po to, co z nimi dalej będzie? I co jeśli ten ktosiek wcale nie musi mieć namacalnego udziału w fabule? A co jeśli to po prostu… AUTORKA? :D
Na sam koniec powiem jeszcze jedno – ostatnie zdania to taka wisienka na torcie. I choć u Ciebie nie gadam o jakichś tam przecinkach czy literówkach (w końcu takie rzeczy to jednak mały odłamek góry lodowej świadczącej o jakości tekstu), to tutaj jednak dam znać, że brakuje tam bardzo ważnego przecinka. „Zrozumienie jest fundamentem wzajemnych relacji. Cieszę się, że ludzie, których obserwuję, na zrozumieniu, oprócz przyjaźni, budują całe swoje życie”. Teraz to zdanie ma sens, ręce i nogi i podczas czytania nie waham się, o co chodzi ze zrozumieniem. Przepiękny ten fragment, brawo. :)
A skoro już o poprawności mowa – to generalnie jest dobrze (czasami coś tam umknie, ale to takie naprawdę drobnostki), stylistycznie płynnie i lekko. Tak więc gratuluję zarówno Tobie, jak i Twojej becie. :)
(Na bloga trafiłam dzięki Akcji komentatorskiej „Magiczne Smakołyki”. Więcej szczegółów tutaj).
Opis twarzy Draco to również jeden z moich ulubionych :D. Mam kilka swoich ukochanych scen, które chyba na zawsze już będą w moim sercu, bo w który właśnie jest duża część mnie ;)
UsuńCieszę się, że pojedynek się podobał. Właściwie głowiłam się, co zrobić. Pozwolić wygrać Draco? Czy może jednak Hermiona powinna zwyciężyć...? W końcu uznałam, że gdyby jedno zwyciężyło nad drugim zrobiłby się niezły młyn, a nie chciałam już bardziej utrudniać ich relacji :D! I postanowiłam, że zremisują. W końcu czemu nie? :D
Podoba mi się Twoja teoria :D Jak widzę nie poddajesz się... No, ale kto to wie? Narrator to narrator, prawda? Na razie tylko tyle mogę zdradzić :D
Przecinek już dodany - i masz rację - zdecydowanie zdanie to wygląda ładniej i zgrabniej z nim :D
Oczywiście przekaże Cassie Twoje pochwały! :D Faktycznie, jest cudowną betą i naprawdę niesamowicie mi się z nią współpracuje :D
Jeszcze raz dziękuję! <3
#MagiczneSmakołyki #PieprzneDiabełki
OdpowiedzUsuńAch, rozpoczęły się sceny, w których nasza dwójka głównych bohaterów zaczyna się do siebie zbliżać... I muszę przyznać, że aż nie mogę wysiedzieć w miejscu, kiedy o nich czytam! Ich relacja, choć na chwilę obecną jeszcze krucha, wydaje się dojrzała. Przepięknie opisujesz sceny między nimi, każdą najmniejszą rzecz — to wszystko jest naprawdę niezwykłe i z pewnością warte zapamiętania. Niewiele osób potrafi tak posługiwać się słowem, a Ty w każdym zdaniu zawierasz coś ważnego. Nie wspominam już o wielu pięknych wypowiedziach, o cytatach, które, gdybym tylko miała tyle miejsca, wypisałabym tutaj. Podjęłaś się pisania trudnej historii i naprawdę pięknie Ci to wszystko idzie. :)
Bardzo szkoda mi Luny. Dobrze widać jej roztargnienie, poświęcenie swojego szczęścia na rzecz szczęścia innych. Widać, że żałuje niektórych sytuacji.
Strasznie mi szkoda Teodora, bo był taki szczęśliwy na przyjazd Marietty, a ona się nie pojawiła, dlatego szybko pędzę do kolejnego rozdziału, by dowiedzieć się czegoś więcej. Mam ogromne szczęście, że mam jeszcze przed sobą do przeczytania tyle rozdziałów; zacieram więc ręce biegnę czytać dalej. :)
Na bloga trafiłam dzięki akcji komentatorskiej Katalogu Granger 'Magiczne Smakołyki'.
M.
Jejku, dziękuję! <3 <3
UsuńNie wiem, co powiedzieć... Naprawdę się zarumieniłam i zawstydziłam.
Twoje słowa, zresztą jak wszystkie inne komentarze, znaczą dla mnie bardzo wiele, gdyby nie one i świadomość, że są ludzie, którym czytanie Wschodu sprawia przyjemność pewnie już dawno bym się poddała. Bo nie ukrywam, że pisanie zwłaszcza, gdy mam tak tragicznie mało czasu jest niezwykle trudne :(.
Dziękuję, dziękuję i jeszcze raz dziękuję! :*