niedziela, 1 października 2017

Rozdzial 34

WAŻNA SPRAWA!!! --> Niestety, z przyczyn niezależnych ode mnie(nie mam aktualnie dostępu do komputera, na którym jest zapisany rozdział), muszę przesunąć publikację na kolejny tydzień :( Przepraszam Was, kochani, bardzo mocno!  

Czekolada

Z czekoladą jest jak z życiem – nie poczulibyśmy w pełni jego słodkiego smaku,
gdyby nie odrobina goryczy, której czasem musimy doświadczyć.
~ Joanne Harris

Nigdy nie miała takiego snu. Snu, który zapamiętałaby tak dokładnie, z każdym nawet najmniejszym szczegółem.
Wciąż czuje zapach czekolady i mięty, który otulał ją niczym szal. Pamięta, że stoi w owym snie na pomoście, na środku oceanu, który burzy się i pieni. Czuje, jak fale odbijają się od jej delikatnego ciała, ale ona nie ugina się pod ich ciężarem. Niebo miesza się z wodą i nie wie już, gdzie kończy się, a gdzie zaczyna sklepienie… Widzi tylko burzowy błękit, sztorm i pioruny przenikają jej serce. I nagle dostrzega kogoś pośród tego szaleństwa…
Ale wtedy otwiera oczy i wciąga gwałtownie powietrze.
Budzi się nim rozpoznaje twarz.
Niedługo wybije trzecia trzydzieści, a Hermiona wciąż nie może spać. Wie, że jeśli tylko zamknie oczy ten piękny sen zostanie jej odebrany. Zapomni go i już nie będzie mogła wspominać tego cudownego uczucia, które ją ogarnęło; bliskości, czułości...
Nikt jednak nie wygrywa ze zmęczeniem, nawet ktoś tak silny jak Hermiona. Gdy jej głowa delikatnie opada na poduszki, już wiem, że gdy rano wstanie, nie będzie pamiętać nic z tego sennego marzenia.
Szkoda, że tak piękny sen zgubi się w gąszczu jej myśli.  

***

– Napijesz się czekolady, Draco?
Widelec, który chłopak trzyma w dłoni upada z brzękiem na talerz. Astoria marszczy brwi i powoli odstawia dzbanek na miejsce. 
– Coś nie tak? Nie lubisz gorącej czekolady?
Draco kręci przecząco głową i próbuje wyrzucić z głowy wszystkie niepotrzebne myśli.
– Ostatnio… zbyt wiele rzeczy kojarzy mi się z czekoladą – mówi ostrożnie.
Wciąż widzi czekoladowe oczy Hermiony. Nieważne, co robi w danej chwili; siedzi, uczy się, rozmawia, czy próbuje zasnąć. Nigdy wcześniej nie widział tak pięknych oczu, dlatego nie potrafi wyrzucić ich ze swoich myśli. Przez co jest niezwykle zdezorientowany, a także zirytowany. Nie może się skoncentrować.
Astoria uśmiecha się szeroko.
– Wiesz, że pachniesz, jak czekolada, prawda?
Draco marszczy brwi, a Astoria tylko śmieje się głośno.
– Nie wiem, dlaczego, ale twój zapach właśnie z tym mi się kojarzy. I jeszcze z miętą… To taka rzadko spotykana, mocna i dusząca mieszanka, ale według mnie perfekcyjnie do ciebie pasująca.
– A czy mężczyźni nie powinni pachnieć raczej pieprzem i cygarem?
– Tak pachną gbury, a dżentelmeni otulają kobiety swoimi drażniącymi zmysły zapachami… – mówi Astoria i Draco niemal przymyka oczy, słysząc jej melodyjny głos.
– Sądziłem, że daleko mi do dżentelmena.
Astoria spogląda na niego swoimi zielonymi oczyma. Wpatrują się w siebie, ale nie ma między nimi napięcia. Nie ma wirujących wokół nich tumanów kurzu, nie słychać trzaskania piorunów, nie pojawia się lawina emocji. Ich relacja nie porywa, nie powala na kolana, nie otula namiętnością.
Jest subtelna i niewinna, a dzięki temu piękna i niezwykła.
– Dla mnie zawsze byłeś dżentelmenem, Draco – szepcze Astoria i powoli odwraca głowę, jakby uciekając od chłopaka.
Astoria jest jak kwiat; delikatna, słodka, śliczna. I choć Draco uwielbia ją za to, to czuje, że jej niewinność kiedyś mogłaby go ograniczać. Nie ważne jak bardzo będzie się starał, któregoś razu mógłby ją zranić, a jak wiadomo, kwiaty zbyt łatwo się łamią i tracą płatki… A on nie chce jej ranić, zwłaszcza że bardzo mu na niej zależy.
– Ty też pięknie pachniesz – mówi Draco i delikatnie pochyla się w jej stronę. Słyszy jak szybko bije serce Astorii, czuje na policzku jej gorący oddech, gdy stara się zaciągnąć zapachem jej włosów. – Jak ogród pełen tysięcy kwiatów.
Dziewczyna śmieje się delikatnie.
– Tysiące kwiatów, pytanie tylko, jakich…? – Przechyla głowę i choć jej policzki są zarumienione, to w jej oczach lśni wyzwanie.
Draco wpatruje się w tę obezwładniającą go zieleń i próbuje odgonić od siebie myśl o tym, że chciałby mieć teraz przed sobą inną dziewczynę, o zupełnie innych oczach…
Zamiast tego skupia się na zapachu Astorii; czuje róże. Mocne, duszące róże, które drażnią jego nos, i które sprawiają, że nieco się krzywi. Ten zapach zupełnie nie pasuje do subtelnego usposobienia Astorii.
– To na pewno czerwone róże. Wszędzie rozpoznałbym ten zapach.
Na ustach Astorii pojawia się uśmiech. Nim chłopak ma możliwość zareagowania Astoria wstaje i pochyla się nad nim, całując go w policzek.
– Zgadłeś – szepcze mu do ucha i rusza w kierunku wyjścia z Wielkiej Sali.
I mimo że patrząc z boku widzimy zadowolonego i uśmiechniętego chłopaka, to ja, gdy patrzę z przodu widzę wewnętrzny smutek i zagubienie. Draco sam nie jest jeszcze całkiem świadom tego, że nie woli patrzeć nie w zielone, a w czekoladowe oczy.

***

W środowy wieczór w hogwarckiej bibliotece jest zimniej niż zwykle. Może to przez to, że od zeszłej nocy śnieg pada nieustannie, a wiatr wyje niemal nieprzerwanie… Tegoroczna zima jest sroga i niezwykle długa.
Ginny otulona w dwa grube swetry; jeden zakładany przez szyję, a drugi zapinany z przodu siedzi naprzeciwko ubranej podobnie Luny. Mimo że wybrały miejsca nieopodal kominka, czują przerażający chłód, a ich dłonie są skostniałe i lodowate. Mimo to nie przerywają nauki. Zostało im jeszcze kilka stron wypracowań, a wtedy w końcu będą mogły iść do ciepłych Pokoi Wspólnych.
– Naprawdę, nie rozumiem, dlaczego pani Prince nie pozwoliła nam wypożyczyć tych książek, tylko musimy siedzieć tutaj i marznąć… – mamrocze Ginny, wciąż jest pochylona nad pergaminem, ale nie trzyma już w dłoni pióra.
– Wiesz, czemu… – odpowiada Luna, nawet nie podnosząc głowy.
Ginny prycha głośno i wpatruje się w księgę do opieki nad magicznymi zwierzętami. Jest oprawiona w grubą, czarną skórę i do bólu przypomina tę, z której musiała się uczyć na trzecim roku. Zaciska zęby i jak na zawołanie, zupełnie jakby księga zdała sobie sprawę, że Ginny nie spogląda na nią przychylnie, otwiera się i zamyka z głośnym trzaskiem. Ginny wzdryga się i odchyla szybko na krześle, niemal z niego spadając.
– Ah! Naprawdę lubię Hagrida, ale korzystanie z informacji zawartych w książkach, które chcą cię ugryźć jest trochę uciążliwe!
Luna uśmiecha się delikatnie, unosi głowę i spogląda to na przyjaciółkę, to na wciąż ruszającą się książkę.
– Nie przesadzaj, mogłaś być dla niej trochę milsza…
Luna wyciąga dłoń i powoli gładzi nią grzbiet żarłocznego tomiszcza. To powoli się uspokaja, aż w końcu z delikatnym szelestem zamyka się i przestaje ruszać całkowicie. Luna bierze je delikatnie w dłonie i odkłada na swój stosik.
– Odstawię ją na półkę za ciebie, bo chyba nie będziesz już z niej korzystać, prawda?
Ginny kręci głową i osuwa się na krześle z głębokim westchnieniem.
– Nic mi się nie chce! Nawet nie wiesz, ile bym dała za wakacje!
– Przestań, przecież minęło dopiero…
– Pół roku – Ginny przerywa Lunie. – Minęło już pół roku nauki. Strasznie mi się ten czas dłużył!
Luna zdaje się być zaskoczona. Odkłada pióro i mruga kilkakrotnie. Faktycznie, mija już szósty miesiąc jej ostatniego rok nauki w Hogwarcie. To już jest koniec, najprawdziwszy koniec jej lat beztroski. Będzie musiała już wkrótce podjąć decyzję o tym, co będzie dalej robić w swoim życiu, gdzie będzie pracować, na jakim stanowisku… Merlinie, przyszłość przeraża ją niezwykle mocno!
– Masz minę, jakby cię ktoś gumochłonem uderzył. Co się stało, huh?
 – Nie czujesz smutku? To koniec, Ginny, to nasz ostatni rok nauki tutaj… Nigdy już tu nie wrócimy…
Ginny zagryza dolną wargę.
– To miejsce od dawna nie kojarzy mi się z niczym dobrym. Tak naprawdę czekam na moment, w którym w końcu będę mogła stąd uciec…
Przełyka ślinę i stara się nie myśleć o tym, z jakim trudem śpi w dormitorium, które jest niemal puste… Chce wyrzucić z głowy myśli o bólu, jaki sprawiają jej codzienne posiłki w Wielkiej Sali. Pragnie pozbyć się ciężaru, który skuwa jej duszę, gdy chodzi korytarzami, patrzy na dziedziniec, ćwiczy na boisku…
Dla niej Hogwart już nie jest domem, jest zamkiem wspomnień i koszmarów…
Luna widząc smutne spojrzenie przyjaciółki, stara się znaleźć słowa pocieszenia. Nie jest jednak wstanie, bo wie, że na nic by się one zdały. Nic i nikt nie sprawi już, że Ginny pokocha to miejsce tak mocno jak niegdyś.
– Rozmawiałam ostatnio z Blaise’em na temat tego artykułu w Proroku – odzywa się po dłuższej chwili Ginny.
Luna unosi głowę wyjątkowo szybko, a wzmianka o Blaisie sprawia, że jej serce zaczyna szybciej bić. Wciąż jeszcze coś do niego czuje, na szczęście uczucia te powoli tracą na intensywności.
– O którym dokładnie artykule mówiliście? – pyta uprzejmie Luna i odkłada pióro. Kończy już pisanie na dzisiaj, postara się dopracować esej jutro w czasie wolnej godziny.
– O Harrym i jego… dziewczynie… – mówi z wyraźną niechęcią Ginny. – Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że zaczął spotykać się z kimś tak... tak…! Oh, brakuje mi słów!
Luna próbuje uśmiechnąć się delikatnie, by dodać przyjaciółce otuchy. Niestety, zamiast uśmiechu jej usta wykrzywia ponury grymas. Ostatnio Ginny coraz mniej mówi o Harrym i Luna wie, że jest to zasługa Blaise’a. Ale prawda jest taka, że Ginny wciąż nie zapomniała o swoim byłym chłopaku… Nikt nie może sprawić, że Ginny tak po prostu przestanie go kochać. Nawet Blaise nic na to nie poradzi.
– Aurora jest naprawdę ładna…
– Ale zupełnie do niego nie pasuje! – protestuje Ginny. – Powinien spotkać się z kobietą silną, niezależną! Taką, która zrobiłaby dla niego wszystko! A Aurora wygląda jak usposobienie niewinności! Przeklęty aniołek się znalazł…
Ginny prycha głośno i krzyżuje ramiona na piersi. Stara się pod maską złości i zgryźliwości ukryć swoje prawdziwe uczucia; smutek, gorycz, a także wielki żal. Wciąż nie potrafi pogodzić się ze stratą Harry’ego… Nie potrafi przestać go kochać, po prostu nie umie pójść naprzód.
– Spróbuj o tym nie myśleć, Ginny – radzi Luna, ale szybko milknie widząc wściekłość w oczach przyjaciółki.
– Każdej nocy, gdy nie śnią mi się koszmary, śni mi się Harry… – mówi cicho Ginny. – Widzę jego oczy; zielone i ciepłe. Pełne miłości… Widzę jego psotliwy uśmiech i wiecznie rozczochrane włosy…
Ginny przeciera twarz dłonią, próbuje zetrzeć z niej smutek…
– Ja go cały czas kocham, Luno, i naprawdę nie wiem, czy kiedykolwiek się to zmieni… Gdyby przyszedł teraz do mnie i poprosił o drugą szansę, nie wahałabym się nawet przez chwilę… On jest moją prawdziwą miłością…
Luna odwraca głowę, stara się nie patrzeć w oczy przyjaciółki, bo wie, że dostrzeże w nich głębię prawdy. Zastanawia się, czy dobrze postąpiła… Zrezygnowała z Blaise’a po to, aby Ginny mogła być szczęśliwa, ale co jeśli Ginny nie pragnie szczęścia? Jeśli woli zadręczać się i cierpieć…? Usychać z miłości do chłopaka, który odszedł?
– A co z Blaise’em? – pyta w końcu Luna. Spogląda przyjaciółce głęboko w oczy.
Ginny najpierw wzdycha głęboko, by zaraz potem wypowiedzieć słowa, które rozbijają serce Luny na drobny mak:
– Blaise jest wspaniałym chłopakiem, ale nie potrafię się w nim zakochać… Jest moim przyjacielem i nikim więcej…
– A jeśli on coś do ciebie czuje…? – szepcze Luna.
Ginny wzrusza ramionami, zupełnie obojętna na słowa przyjaciółki. Jakby uczucia chłopaka nie miały dla niej znaczenia.
– Z mojej strony to zawsze była i będzie tylko przyjaźń – mówi Ginny i dodaje po chwili: – Naprawdę, nie męcz mnie już takimi rozmowami, Luno, bo czuję się dziwnie…
Śmieje się cicho Ginny i kręci głową tak, że jej włosy falują wokół jej twarzy. Luna przygląda się temu ze smutkiem. A jeśli popełniła największy błąd w swoim życiu? A jeśli pozwalając odejść Blaise’owi unieszczęśliwiła nie tylko siebie, ale i jego?
Opuszcza głowę i spogląda na swoje dłonie. W tej chwili żałuje, że nie potrafi zachowywać się jak egoistka.

***

13 luty 1999
Dzisiaj uzgodniłem z Astorią, o której juro wychodzimy do Hogsmeade. Czuję się dziwnie na myśl o tym, że idę tam z nią... W Walentynki… Nie wiem, czy mam to spotkanie traktować, jak zwykły przyjacielski wypad, czy może jak randkę?
Pansy cały czas truje mi głowę i mówi, że muszę wyglądać oszałamiająco… Każe mi ubrać koszulę i krawat, i skacze wokół mnie udzielając „randkowych porad”, jakby myślała, że nie wiem, jak mam się zachowywać…
Teodor i Blaise zresztą zachowują się podobnie…
Wszyscy traktują mnie, jakbym był małym dzieckiem, które potrzebuje opieki i które trzeba ukierunkować…
To naprawdę miłe z ich strony, ale jednocześnie nieco frustrujące, zwłaszcza gdy Pansy na przemian z Blaise’em po raz tysięczny szepczą mi do ucha, że powinienem spoglądać Astorii głęboko w oczy, powiedzieć jej, że wygląda pięknie, trzymać za rękę, a na koniec pocałować…
Czuję się przez nich jak niedoświadczony dzieciak!
 Teodor też dołożył swoje trzy galeony… Chyba nie byłby sobą, gdyby nie przypomniał mi o najbardziej żenującej sytuacji całego mojego życia!  To był mój pierwszy pocałunek z Pansy. Tak jak radzili mi starsi koledzy, wplotłem dłonie w jej włosy… Niestety, mój rodowy pierścień się w nie zaplatał, a ja, żeby się odsunąć, musiałem wyrwać Pansy kilka pukli włosów…
Chyba nigdy nie zapomnę tamtej chwili, zwłaszcza że od wrzasku Pansy jeszcze długo potem bolały mnie uszy…
Możliwe, że jednak trochę się stresuję jutrzejszym wyjściem…
Draco

***

Pogoda dnia czternastego lutego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku jest piękna. Ale to nie śnieg błyszczący w blasku promieni, wprawia Draco w zachwyt. To nie delikatny dźwięk kropel osuwających się po soplach lodu i upadających na chodnik.
To nie widok uśmiechniętej Astorii tak na niego działa…
Draco nie potrafi oderwać wzroku od Hermiony, idącej parę metrów przed nim w towarzystwie Lovegood i dwóch nieznanych mu z imienia Krukonów.
 Dziewczyna wygląda po prostu pięknie. W szarym płaszczyku z czerwonozłotym szalem przepasanym przez szyję, prezentuje się cudownie. Ale Draco najbardziej skupia się na jej włosach; przyprószonych śniegiem i przez to wyglądających jakby obsypane były brokatem. Słońce odbija się od nich i Draco po prostu nie potrafi skupić się na czymś innym…
Delikatny dotyk dłoni Astorii w końcu wybudza go z transu. Draco odwraca głowę w jej stronę i napotyka zielone, błyszczące oczy dziewczyny. Odwzajemnia uśmiech i splata swoje palce z palcami Astorii, to choć na chwilę pozwala mu zapomnieć o Hermionie. To na moment uspokaja bicie jego serca…
– Ślicznie dziś wyglądasz, Astorio – mówi cicho Draco i mocniej ściska dłoń dziewczyny.
Astoria uśmiecha się promiennie i opiera głowę na jego ramieniu.
– Dziękuję – szepcze. Po chwili odzywa się nieco niepewnie: – Wydajesz się jakiś nieswój… Czy to może moja wina?
Słysząc smutek w głosie Astorii Draco zaciska zęby, wściekły na siebie. Kręci głową i zwalnia nieco.
– Oczywiście, że nie! To może trochę dziwne, ale jestem nieco zestresowany…
Astoria śmieje się perliście…
– A wydawało mi się, że z naszej dwójki najbardziej spięta jestem ja… – mamrocze cicho. Stara się ukryć swoje zawstydzenie; potrząsa włosami, chcąc zakryć rumiane policzki, ale Draco i tak zauważa, że Astoria się czerwieni. Uśmiecha się na ten widok szeroko.
Resztę drogi do wioski pokonują w ciszy, która zupełnie im nie przeszkadza. Jest to cisza z rodzaju tych, które uspokajają i zbliżają do siebie ludzi. Idąc blisko siebie, słysząc bicie swoich serc i czując jak ich oddechy się mieszają, nie potrafią skupić się na czymś innym, niż na drugiej osobie.
Nawet Draco zupełnie zapomina o Hermionie, która przecież jeszcze chwilę temu zaprzątała jego myśli. A już na pewno Draco nie pamięta o pannie Granger, gdy po wypiciu filiżanki herbaty w Herbaciarni Madame Puddifoot pochyla się w stronę Astorii i delikatnie ją całuje.

***

Gdy wybija trzecia po południu w Dziurawym Kotle panuje gwar, a zewsząd słychać śmiechy i głośne rozmowy. Luna, Hermiona, Michael Corner i Terry Boot siedzą przy jednym stoliku i głośno debatują o wyższości owutemów nad egzaminami kwalifikacyjnymi na dane stanowisko w Ministerstwie. Zaledwie parę metrów dalej Teodor stara się nie wybuchnąć śmiechem, gdy Susan Bones i Ernie MacMillan mierzą się w zawodach, kto pierwszy wypije swój kufel Kremowego Piwa. Nie ma co, Susan, mimo że jest dziewczyną, dorównuje Ernie’emu i niemal go pokonuje! Teodor kręci głową z niedowierzaniem!
Gdy wybija trzecią dziesięć do Herbaciarni Madame Puddifoot wchodzi otulona silnym ramieniem Rogera Pansy. Uśmiecha się szeroko, gdy zauważa całujących się Draco i Astorię.
– Zobacz, jak słodko wyglądają – szepcze Pansy i muska swoimi ustami policzek Rogera, ten uśmiecha się na ten gest i mocniej obejmuje swoją dziewczynę.  
Gdy wskazówki zegara wskazują godzinę trzecią dwadzieścia spoglądam na roześmianą Ginny, uciekającą przed goniącym ją Blaise’em. Są teraz w Miodowym Królestwie i słodki zapach smakołyków; czekolady, lukrecjowych różdżek, owocowych żelków wywołuje u nich wielką euforię. W tym samym miejscu są również Hannah Abott i Neville, spacerują między regałami i cicho rozmawiają. Ocierają się ramionami i od czasu do czasu stykają dłońmi… Za wszelką cenę chcą sprawiać pozory przyjaźni, choć tak naprawdę od pewnego czasu łączy ich coś więcej…
Gdy w końcu wskazówki zegara zaczynają wskazywać godzinę trzecią trzydzieści spoglądam na Londyn. W redakcji Proroka Codziennego panuje szaleństwo. Wszyscy pracownicy uwijają się niczym mrówki przygotowując wieczorne wydanie gazety. W nim zawarta jest niezwykle ważna informacja! Barnabasz Cuffe, redaktor naczelny, osobiście nadzoruje prace! W końcu, punktualnie o godzinie siedemnastej, setki sów ruszają na północ i południe, na wschód i zachód. Każda z nich mocą skrzydeł tnie wiatr, każda z nich pokonuje wiele mil, by brytyjscy czarodzieje mogli dowiedzieć się o makabrycznej zbrodni popełnionej w nocy z dnia trzynastego na czternastego lutego tysiąc dziewięćset dziewiędziesiątego dziewiątego roku.