piątek, 16 czerwca 2017

Rozdział 27

Witajcie, kochani.
Sporo mnie tutaj nie było, z moich wyliczeń wynika, że ponad cztery tygodnie... Na początku chciałabym oczywiście przeprosić, niestety opowiadanie w ostatnim czasie nie było czymś, o czym nieustannie bym myślała. Miałam sporo innych, znacznie ważniejszych rzeczy na głowie, stąd właśnie moja długa nieobecność. 
Chciałabym też na wstępie podziękować wszystkim, którzy cierpliwie czekali i nie zasypywali mnie pytaniami o to, kiedy w końcu będzie rozdział(!). Wszystkim tym osobom ogromnie dziękuję za taką postawę, była znacznie bardziej motywująca niż ponaglające komentarze, które tylko sprawiały, że czułam się jakbym co najmniej popełniła przestępstwo nie dodając nowego rozdziału... 
Nie będę pisać tutaj o powodzie mojej nieobecności, chcę jedynie zaznaczyć, że nie porzuciłabym nigdy tego bloga. To opowiadanie zostanie skończone (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to za rok zostanie ukończony I tom), a ta miesięczna przerwa to tylko mały wypadek przy pracy ;D. Więc, spokojnie, już jestem, a kolejny rozdział już niebawem ;)!
Charlotte
PS - Rozdział niezbetowany.

***

Początek

Słowa, które mówimy, tworzą cienie tego, co ma nadejść
I wypowiadając je, pomagamy im się spełnić.
~ Marion Zimmer Bradley

Trzeci stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku ma zacząć się nieciekawie. Cała Wielka Brytania pogrążona jest w śniegu, a wszystko przez nieustającą zamieć, która rozpoczyna się krótko po przywitaniu przez Brytyjczyków Nowego Roku. Londyn, Manchester, Liverpool, Cardiff, Glasgow, Belfast. Wszystkie te miasta są zasypane i nic nie wskazuje na to, aby miała nastąpić poprawa pogody.
Melancholia, która ogarnia wyspy jest przytłaczająca i zdaje się, że wyraźnie odbija się na mieszkańcach Brytanii. Zwłaszcza na mieszkańcach części magicznej.
Zauważam jedną zależność; zła pogoda sprawia, że ludzie zaczynają zachowywać się źle
I to jest przerażające!
Za chwilę wybije pierwsza trzydzieści siedem. Świat pogrążony jest w mroku, a latarnie dają jedynie nikłe światło. Obserwuję jedną z ulic Liverpoolu. W ciszy, ukryty przed mugolskim wzrokiem, stoi dom. Jego mieszkańcy to bogata niemiecka – czarodziejska –  rodzina, która dopiero niedawno się wprowadziła. Pan i pani domu pogrążeni są w głębokim śnie, jedynie ich dziewiętnastoletni syn krąży niczym cień po swoim pokoju. Czeka aż eliksir, którego ważeniem się zajmuje, zacznie wrzeć, a wówczas będzie on mógł dodać kolejne składniki.
To właśnie syn słyszy hałas dobiegający z parteru. Coś jakby szuranie butów. A później dźwięk rozbijanego szkła? Czy to zabytkowy wazon od ciotki Anastazji? Dziewiętnastolatek nie jest odważny… Jest dzieciakiem z bogatej rodziny, który tylko słyszał o wojnie, a nie doświadczył jej na własnej skórze. Mimo to, gdy słyszy złowrogie szepty i skrzypienie schodów, łapie za różdżkę i ściska ją mocno w dłoniach.
Czeka.
Jego oddech przyśpiesza, a serce zaczyna bić znacznie szybciej. Kropelki potu zbierają się na jego czole. Nigdy nie walczył, nawet nie wie jak poprawnie machnąć różdżką, by kogoś spetryfikować. I co może teraz zrobić?
Jedynie czekać.
Więc czeka.
W najlepszym wypadku zostanie tylko lekko pokiereszowany. Cóż innego mogą mu zrobić…? To na pewno zwyczajni włamywacze…
Słyszy głos ojca. Wzdycha z ulgą, on na pewno sobie poradzi. Jest silnym i mądrym czarodziejem, najlepszym, jakiego dane jest mu znać. Cieszy się, że jest właśnie jego synem.
Ktoś szarpie za klamkę. Zamek klika, a cień wchodzi do sypialni dziewiętnastolatka. Syn zamiera, gdy zauważa srebrzystą maskę okrywającą twarz włamywacza.
Krzyk ojca.
Krzyk matki.
Krzyk syna.
A ja widzę pozostałości zielonych promieni. Czuję jak zapach śmierci unosi się w domu – ukrytym przed ciekawskim, mugolskim wzrokiem. Stojącym na jednej z ulic Liverpoolu. W chwili, gdy świat pogrążony jest w mroku.
A to dopiero początek.

***

Gdy Hermiona odbiera przesyłkę ze starannie opakowanym w szary papier Prorokiem Codziennym wybija dziewiąta czterdzieści. Nawet nie zagląda do paczki, jedynie szybko wrzuca ją do swojej torebki, a później rzuca zaklęcie czyszczące na filiżankę po gorącej, wiśniowej herbacie. Jest wściekła, bo nic nie idzie zgodnie z jej planem. Przez panującą w Wielkiej Brytanii zamieć jej powrót do Londynu strasznie się opóźnił. Już od wczorajszego południa miała być w swoim mieszkaniu na Pokątnej, ale przez tę paskudną pogodę wróciła dopiero dziś przed siódmą rano!  Bułgarskie Ministerstwo po prostu nie chciało zezwolić jej na użycie świstoklika. Po prostu obawiali się, że zaklęcie może zadziałać nieprawidłowo. Dlatego też Hermiona musiała czekać na poprawę pogody. Chwała Merlinowi, że w końcu ona nastąpiła…!
Teraz przez te ogromne opóźnienia musi się niezwykle śpieszyć. Gdy wpadła do swojego mieszkania jak najszybciej wzięła prysznic, zapakowała do kufra letnie i wiosenne rzeczy i trochę dodatkowych książek. Ledwo, ledwo wyrobiła się na czas! Właściwie w biegu dopijała herbatę i zaczęła sprawdzanie mieszkania.  
– Godryku, proszę, żebym tylko się nie spóźniła… – szepcze do siebie, gdy zamyka drzwi, a następnie zaczyna zabezpieczać je odpowiednimi zaklęciami ochronnymi. Co rusz zerka na zegarek. Za chwilę wybije dziewiąta pięćdziesiąt pięć….
W końcu z ulgą teleportuje się na dworzec Kings Cross. Mimo że jest niesamowicie zmęczona to biegnie jak najszybciej w kierunku przejścia na peron 9 i ¾.  Dosłownie w ostatniej chwili przechodzi przez przejście, a następnie wpada do pociągu. Gdy opiera dłonie na kolanach lokomotywa rusza.
Uśmiecham się szeroko. Oczywiście, że musiała zdążyć.

***

3 stycznia 1999
Wraz z pierwszym stycznia zaczął się w moim życiu nowy etap. Nowy Rok oficjalnie zacząłem z nowymi planami na przyszłość. Teraz czuję, że jestem w stanie udźwignąć ciężar swojej przeszłości, bo w końcu mam wszystkich, których potrzebuję obok siebie.
Moja matka promienieje – nie ma żadnych powikłań po przyjęciu przez nią antidotum. Zupełnie jakby nigdy nie chorowała. Jakby była nowonarodzona!
Teodor jest szczęśliwy – całkowicie spełnia się w roli wuja… (Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi pisać tutaj o takich rzeczach. To niezwykle dziwne, takie pełne pozytywnych emocji, a mi nie przystoi taka postawa… W końcu mam na nazwisko Malfoy…) Jednak cieszę się, naprawdę się cieszę, że Teodor pogodził się ze stratą Marietty…
Blaise chyba – na pewno – jest zakochany… Może i Weasleyówna nie jest najlepszą partią, jednak sprawia, że Blaise chodzi uśmiechnięty, a to świadczy o niej – trudno mi to nawet napisać – dobrze…
I na koniec Pansy… Mimo że przechodziła ona ostatnio małe wzloty i upadki – pokłóciła się z Rogerem – to zdaje się, że wszystko jest w porządku. Uśmiecha się i śmieje – całkowicie rozjaśnia mój dzień!
Jest jednak coś, co wciąż nie daje mi spokoju… Myśli o jednej osobie, która przez ostatni czas stale była obok mnie………
Cóż, teraz to nie jest ważne. Powinienem cieszyć się spotkaniem z przyjaciółmi.
Draco

***

Gdy w końcu Hermionie udaje się znaleźć przedział, który zajmują Ginny i Luna, wzdycha z ulgą. Dziewczęta najpierw zdają się być zaskoczone jej wyglądem; czerwone policzki, roztrzepane włosy i wielkie cienie pod oczami. Zanim jednak pytają się o powód jej spóźnienia i zmęczenia mocno się do niej przytulają.
– Nawet nie wiecie, jak się bałam, że nie zdążę – sapie z trudem Hermiona. – W ostatnim momencie, rozumiecie? W ostatnim momencie!
Ginny śmieje się głośno i szturcha Hermionę w żebro.
– Zawsze mogłabyś polecieć na miotle.
Luna stara się ukryć uśmiech, odwracając głowę, ale jej roześmiana twarz odbija się w zaparowanej szybie.
– To nie jest śmieszne, Ginny – mamrocze Hermiona. Nienawidzi, gdy ktoś z niej żartuje. A zwłaszcza, gdy w tych żartach wykorzystuje jej niechęć do latania.
– Luna się śmieje, więc na pewno jest to, choć odrobinkę śmieszne!
Ja również się uśmiecham. Ale już kilka sekund później poważnieję – to, o czym za chwilę będą rozmawiać dziewczęta nie jest nawet trochę zabawne. Jedynie niepokojące… Czy ich więź – prawdziwa przyjaźń – może osłabnąć?
Ginny, Luna i Hermiona rozmawiają na neutralne tematy. Co sądzą o zamieci, która przez ostatnie dni siała postrach w całej Brytanii, jak czują się na myśl o zbliżających się egzaminach i końcu roku szkolnego. W końcu jednak nastaje moment, w którym ta sielanka zostaje przerwana. Wyjątkowo za zadanie trudnego pytania odpowiedzialna jest Luna, a nie jak zazwyczaj Ginny.
– Hermiono… Co z Malfoyem?
Hermiona zamiera i zaciska palce na szaliku, który dopiero teraz zaczyna rozwiązywać. Powolnie, drżącą dłonią zdejmuje go i zwija w rulonik.
– W porządku – odpowiada w końcu, delikatnie wzruszając ramionami. – Jego mama żyje.
Ginny zauważa, że Hermiona zaczyna się lekko denerwować. Nie wie, co powoduje u przyjaciółki takie napięcie, ale czuje niewyobrażalną ciekawość, którą stara się w sobie zdusić. Nie chce być nachalna, a już tym bardziej wścibska.
Dziewczęta zaczynają mierzyć się oceniającym wzrokiem. Ginny ostatecznie nie wytrzymuje i postanawia zadać nurtujące ją przez całą przerwę świąteczną pytanie:
– Cały ten czas byłaś w Malfoy Manor?
Luna szturcha przyjaciółkę w ramię, Ginny jednak pozostaje nieugięta i wciąż z uporem wpatruje się w Hermionę.
– Nie, po tym jak stało się jasne, że Pani Malfoy będzie żyć, wróciłam do domu – mówi spokojnie Hermiona. A następnie dodaje: – I uprzedzając twoje kolejne pytanie, Ginny, na resztę przerwy pojechałam do Wiktora.
– Praktycznie wcale nie pisałaś – zauważa niepewnie Luna. Przygryza wargę i z dozą strachu oczekuje na kolejną odpowiedź Hermiony. Ma wrażenie, że coś w zachowaniu przyjaciółki się zmieniło. Czuje, że jej odpowiedzi są lakoniczne, a zachowanie nieco zdystansowane? Martwi się, że ma to związek z tym, co mogło zdarzyć się podczas świąt, a dokładniej podczas pobytu Hermiony w Malfoy Manor.
– Miałam naprawdę dużo na głowie – rzuca krótko Hermiona.
Ginny czuje jak złość zaczyna buzować w jej żyłach. Nienawidzi w Hermionie tego, że jest tak cholernie skryta i tajemnicza. Od samego początku ich znajomości bardzo trudno jest z Hermiony cokolwiek wyciągnąć. Początkowo Ginny liczyła, że kiedyś się to zmieni, ale nawet teraz, gdy przyjaźnią się i są dla siebie jak siostry: Ginny ma wrażenie, że Hermiona wciąż nie do końca jej ufa.
– Jasne, Herm. Jak zawsze miałaś dużo do zrobienia – stwierdza cierpko Ginny i odwraca się w stronę okna, nie bacząc na krytyczny wzrok Luny i pełne zaskoczenia spojrzenie Hermiony.

***

Mija druga godzina podróży Hogwart Expressem, gdy do Pansy, Teodora, Blaise’a i Draco przysiada się Terence i Dafne. Nie muszę spoglądać w ich umysły, już same ich ruchy ukazują to jak bardzo zaniepokojeni są.
Pansy, jako pierwsza zauważa ich dziwną milczącą postawę i przesuwa się, robiąc miejsce dla przyjaciółki.
– Co jest? – pyta i spogląda najpierw na Dafne, a następnie na Terence’a.
– Wy też jeszcze nie czytaliście proroka… – bardziej stwierdza niż pyta Terence.
Draco wzrusza ramionami.
– Wiesz, że nie lubię czytać tego chłamu pisanego przez Skeeter – mówi i wzdryga się ostentacyjnie.
Mimo to wyjmuje z czarnej torby jeszcze nieodpakowany egzemplarz Proroka Codziennego. Otwiera go na pierwszej stronie. Gdy widzi nagłówek i ruchome zdjęcie, które zajmuje trzy czwarte strony głośno klnie i rzuca gazetę na stolik, tak by wszyscy mogli zobaczyć, co tak mocno nim wstrząsnęło.
– Merlinie – szepcze Pansy. – Powrót śmierciożerców. Morsmordre w Liverpoolu… – czyta, by następnie zakryć usta dłonią.
Teodor jako jedyny zachowuje trzeźwość umysłu i zabiera gazetę, by następnie szybko przeczytać artykuł. To, czego się dowiaduje tylko powoduje u niego zawroty głowy… Przypomina sobie o zamordowaniu Marietty i całej jej rodziny kilka tygodni wcześniej… Zaczyna rozumieć, że te ataki są ze sobą powiązane i że to jeszcze nie koniec… Jeśli śmierciożercy użyli swojego znaku… Jeśli to wszystko jest prawdą, to nadciąga kolejny mroczny okres w historii świata magii…
– Kojarzę ich… – szepcze Draco. – A dokładniej sir Klausa… Szpiegował dla Czarnego Pana w niemieckim Ministerstwie Magii…
Terence kiwa głową.
– Parokrotnie widziałem go w twoim dworze…
Pansy zaczyna intensywnie wpatrywać się lewę przedramię Draco.
– Jeśli to prawda… – szepcze zdławionym głosem. – Salazarze, Draco! Ministerstwo będzie próbować dotrzeć do każdego, kto mógłby mieć powiązania z tym atakiem…
– Przecież ja nic nie zrobiłem… – mówi ostro Draco, ale w jego spojrzeniu zaczyna lśnić niepewności i coś jakby strach…
– Nie rozumiesz – kontynuuje Pansy. – Nie siedzisz w Azkabanie, to już dostateczny powód, by mieć cię na oku… O Merlinie, a dodatkowo nikt nie wie, gdzie byłeś przez cały ten czas po bitwie…! A jeśli uznają, że masz jakieś związek z…
– Pansy, nie panikuj – Dafne przerywa wypowiedź przyjaciółki. – Po prostu już skończ, dobrze?
– Terence, co jeszcze? – pyta Blaise. – Co jeszcze chcesz nam powiedzieć? – nacisk, widząc skupienie na twarzy Higgsa.
– Mój ojciec dostał dzisiaj rano wezwanie na przesłuchanie…
– Cholera… – klnie pod nosem Teodor.
Draco jedynie blednie.
– Wydaje mi się, że gdy wychodziłem do okna pukała czarna sowa. A jeśli się nie mylę takie sowy ma Ministerstwo…