sobota, 16 września 2017

Rozdział 33

Rozdział niezbetowany.

Cisza

Cisza podziałała na mnie przygnębiająco.
Nie ta na zewnątrz, ale ta, co była we mnie samej.
~ Sylvia Plath

Gdy pierwszego lutego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku do Wielkiej Sali wchodzą Ślizgoni, wszyscy bacznie się im przyglądają. Uczniowie z roczników począwszy od trzeciego aż po siódmy mają na szyi przewiązany krawat nie w kolorze slytherińskiej zieleni, a czarny – na znak żałoby. Nawet profesor Slughorn ubrany jest zarówno w ciemną koszulę i krawat, tak by choć w ten sposób uczcić pamięć zmarłego ucznia.
– Goyle był w Pokoju Życzeń – mamrocze cicho Hermiona.
Ginny wzrusza obojętnie ramionami, nie obchodzi jej to. Jej zdaniem ten świat będzie znacznie lepszy bez takiego Goyle, plugawego śmierciożercy, za którego Ginny go uważa.
– Ma za swoje – odpowiada w końcu.
Hermiona prycha głośno, słysząc przyjaciółkę. Nie może powstrzymać słów, cisnących się jej na usta:
– Ostatnio jesteś strasznie zgorzkniała, Ginewro!
– Ja? Zgorzkniała, ha!
Ginny gwałtownie rzuca na talerz sztućce, te upadają, wydając głośny odgłos. Neville i Seamus spoglądają w ich kierunku, ale szybko odwracają wzrok. Wiedzą, że lepiej nie wtrącać się w kłótnie Hermiony i Ginny, ostatecznie dziewczyny i tak zawsze się godzą…
– To ty ciągle mnie ignorujesz, a jak zwracam ci uwagę, to się unosisz! – rzuca wściekła. – Ciągle tylko przesiadujesz w tej cholernej bibliotece i kłujesz jak głupia do egzaminów, które będą dopiero za kilka miesięcy!
Hermiona nie pozostaje przyjaciółce dłużna.
– Chciałam żebyśmy wczoraj spędziły razem wieczór, ale to ty wystawiłaś i mnie, i Lunę! Oczywiście, miałaś ważniejsze rzeczy na głowie… Musiałaś się przecież spotkać z Zabinim!
– On, w przeciwieństwie do ciebie, ma ochotę ze mną rozmawiać!
Hermiona zaciska dłonie na kubku. Bierze kilka głębokich wdechów, żeby unormować oddech i zapanować nad emocjami. Znów się kłócą… Ostatnio to między nimi rzecz naturalna… Nie potrafią się dogadać, nie wiedzieć czemu… Wszystko zaczęło się sypać, a one zaczęły się od siebie oddalać. Ginny praktycznie cały wolny czas spędza z Blaise’em, Luna z Krukonami, a ona w bibliotece – ostatnio w towarzystwie Malfoya…
– Ginny, nie kłóćmy się już, proszę… Mam już tego po prostu dosyć…
Ginny zaciska usta i w końcu wzdycha głośno. Wraca do śniadania, ale cały czas posyła w kierunku Hermiony ponure spojrzenia. Jej też nie podoba się to, że nieustannie się ze sobą kłócą: chyba na wszystkie możliwe tematy! Od pracy domowej, którą zadał Slughorn zaczynając, a kończąc na zbyt małej ilości poświęcanego czasu.
Ja jednak wiem, że powodem ciągłych kłótni dziewczyn jest fakt, że obie chodzą spięte, niewyspane i rozdrażnione. Obje mają temperamentne charaktery, Ginny trochę bardziej niż Hermiona, a taka mieszanka jest wybuchowa! Ich ponurym nastrojom winna jest oczywiście niepewna sytuacja w magicznym świecie… Ciągłe ataki, liczne artykuły na temat podziałów tworzących się w Ministerstwie Magii, a przede wszystkim skradzione plany Azkabanu… To wszystko aż nadto przytłacza dziewczęta. Obje czują, że niedługo zdarzy się coś naprawdę strasznego, a one nie są w stanie nic zrobić…
– Przepraszam – mówi Ginny.
Hermiona kiwa głową.
– Ja też przepraszam…
Nie odzywają się już, ale nie muszą. W końcu rozumieją się bez słów. Wystarcza jedno spojrzenie w oczy, aby wszystko się między nimi wyjaśniło.
– Może pouczymy się dzisiaj w bibliotece? Ja, ty i Luna? Porozmawiałybyśmy na spokojnie i spędziły ze sobą czas? – pyta niepewnie Ginny, a Hermiona odpowiada jej uśmiechem.
– Byłoby wspaniale.

***

Pod klasą eliksirów jest cicho. Tak cicho, że Draco z trudem powstrzymuje krzyk. Tak bardzo chciałby, aby w końcu ktoś się odezwał…
Wszyscy Ślizgoni stoją blisko siebie. Pansy opiera się na ramieniu Teodora, jest słaba po nieprzespanej nocy: jej oczy wciąż są podpuchnięte i zaczerwienione. Blaise stoi z pochyloną głową, tak jak wielu innych chłopaków. Śmierć Goyle’a jest dla nich ogromnym szokiem i ciosem.
Gdy w końcu profesor Slughorn wpuszcza uczniów do klasy, Draco niemal wzdycha. Nareszcie będzie mógł uciec od tej ogłuszającej ciszy…
Nie interesują go ukradkowe spojrzenia Granger, nie interesują go jej ciche komendy; robi wszystko…
Kroi, wrzuca.
Miesza.
Miażdży, wrzuca.
Miesza.
Miesza, miesza, miesza. Cały czas; nieustająco. Najpierw piętnaście razy w lewo. Potem piętnaście razy w prawo. Znów w lewo. Znów w prawo.
Greg był – był, nie jest! – jego przyjacielem. Nie takim jak Blaise i Teodor, ale jednak. Draco lubił go, miał w nim wsparcie… Zeszły rok pokazał, że Greg również tak traktował Draco, ale teraz…
Teraz nie ma już Grega. Nie ma też Vincenta.
To Draco ich zawiódł…
Gdy w końcu dzwoni dzwonek, Draco chce jak najszybciej wyjść z tej klasy. Uciec od wspomnień i spojrzeń… Coś jednak mu to uniemożliwia.
Hermiona łapie go za rękę; delikatnie, ale stanowczo. Draco zatrzymuje się zaskoczony i spogląda jej w oczy.
– Bardzo mi przykro z powodu Gregory’ego, wiem, że był dla ciebie ważny – mówi cicho i na kilka chwil splata swoją dłoń z jego, by następnie mocno ją ścisnąć.
Gdy odchodzi, Draco czeka na moment, w którym wszystkie złe emocje znów go przytłoczą. Ten jednak nie nadchodzi…
Hermiona Granger przegnała wszystkie cienie, które oplotły umysł Draco.

***

W bibliotece jak zwykle panuje błoga cisza. Uwielbiam się w nią wsłuchiwać… Może zdawać się, że ja jej nie potrzebuję, czasami jest jednak wręcz odwrotnie… Zżycie się z obserwowanymi ludźmi nie jest czymś dobrym, zwłaszcza gdy jest się mną
Odczuwanie tego, co oni, zaglądanie w ich umysły, a przede wszystkim znajomość ich historii; przeszłości, teraźniejszości i przyszłości potrafi niekiedy zmęczyć… Jest to jednak również intrygujące, zaskakujące? Niejednokrotnie też przerażające…
Ale taka jest moja powinność.
Tworzenie. Kształtowanie. Odbieranie.
Życie.
Teraz też spoglądam na moich ulubieńców. Hermiona Granger jak zwykle siedzi pochylona nad książkami, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Zaledwie chwilę temu od stolika odeszły jej dwie przyjaciółki. Luna i Ginny mają już dość nauki jak na ten wieczór i postanawiają udać się do kuchni po gorącą czekoladę, a następnie do Pokoju Wspólnego Gryfonów.
Hermiona jednak zostaje.
Wdaje się taka bezbronna, zupełnie jak krucha porcelanowa lalka. A jednak jej serce jest ogniste i waleczne; przepełnione odwagą i nieznające strachu. Nie tylko ja tak sądzę…
Zaledwie kilka metrów dalej przy jednym ze stolików siedzi Draco. Gdy dokładnie dwadzieścia minut temu zajmuje to miejsce, liczy, że uda mu się w spokoju powtórzyć materiał na kolejny egzamin z zaklęć… Niestety, wszystko przebiega zupełnie inaczej. Całkiem niespodziewanie zauważa Hermionę w towarzystwie przyjaciół i gdy raz na nią spogląda, po prostu nie może oderwać wzroku.
Nigdy wcześniej Hermiona nie wyglądała tak… tak magicznie? Niezwykle?
Widział ją wielokrotnie w świetle świec, ale wówczas nie wydała mu się tak intrygująca…? Teraz, nie wiedzieć czemu, najzwyczajniej w świecie wpatruje się w nią. Stara się dojrzeć każdy szczegół w jej postawie, wyrazie twarzy, ruchu dłoni. Blask świec tworzy wokół jej włosów aureolę i sprawia, że jej loki zdają się błyszczeć jakby w złocie. Czy to w ogóle możliwe?, myśli już nie po raz pierwszy. Jest zupełnie inna…
Zakłopotanie sprawia, że Draco wielokrotnie próbuje odwrócić wzrok, ale nie może – nie chce! – tego robić. W tej chwili Hermiona Granger zdaje się być najlepszym, co może go spotkać, dlatego powoli wstaje i pokonuje te kilka metrów, które go od niej dzielą.
– Granger, mogę się przysiąść?
Hermiona wzdryga się, słysząc jego głos. Kiedy on podszedł? Czyżby aż tak wciągnęła ją historia? Kiwa jednak szybko głową i próbuje się uśmiechnąć.
– Oczywiście, proszę.
Draco kładzie wolumin na stoliku, ale nie otwiera go. Opuszcza głowę i spogląda na swoje dłonie. Czeka, choć sam nie wie na co.
Mija długa, pełna napięcia minuta, nim w końcu Hermiona również zamyka czytaną książkę. Wkłada ją powoli do torby, daje tym samym znak Draco, że jest gotowa z nim porozmawiać, jeśli ten tego potrzebuje. Że postara się mu pomóc…
– Te ostatnie wydarzenia…
Draco unosi głowę i spogląda jej głęboko w oczy.
– Dzięki, Granger. Za wszystko.
Hermiona uśmiecha się delikatnie.
– Nie ma za co.
Wpatrują się w siebie długo. Lew mierzy się z wężem, ale kto wygra? Dwie zagubione dusze, dwa przepełnione smutną ciszą serca. Czy nie tak właśnie powinno wyglądać przeznaczenie? Spotkanie osób, które się dopełnią?
– Greg był moim przyjacielem – zaczyna Draco – znaliśmy się od dziecka. Zawsze byliśmy on, Vincent, Blaise, Teodor i ja. Na początku pierwszej klasy pokłóciłem się z Blaise’em i Teo, Vincent i Greg stanęli po mojej stronie. I choć już pod koniec września między mną, Zabinim i Teo było w porządku, Vin i Greg nigdy się z nimi nie pogodzili. Cały czas, do samego końca, byli wściekli na nich o tę jedną kłótnię… Czasami zachowywałem się wobec nich strasznie. Nie zwracałbym na to większej uwagi, gdyby nie ciągłe upomnienia Pansy i Teodora. Ale mimo to nigdy nie zmieniłem swojego nastawienia do nich.
Głos Draco lekko się łamie. Chłopak odchyla się na krześle, a jasna grzywka opada mu na wpół przymknięte oczy.
– Skoro byli we mnie tak głupio wpatrzeni, to czemu miałbym tego nie wykorzystać? W końcu ojciec zawsze powtarzał, że powinienem brać wszystko, czego zapragnę, choćby nie wiem jak wiele cudzego cierpienia to nie kosztowało. Nakłaniałem ich do wielu głupot, nie raz wpadali przeze mnie w ogromne kłopoty, a ja zamiast pomóc im się z nich wyplątać, śmiałem się najgłośniej ze wszystkich Ślizgonów. A oni mimo to, cały czas, na okrągło, wracali. Mówili, że jestem ich przyjacielem… Że za mną pójdą wszędzie, gdzie tylko będzie trzeba… Podziwiali mnie, choć byłem tylko żałosnym dzieciakiem z dużym ego…
Draco zaciska dłonie na blacie, a Hermiona oplata się ciasno ramionami. Głos chłopaka jest przejmująco oschły i chłodny. Jakby dystansował się od tego, co mówi.
– I poszli za mną… Gdy Czarny Pan nakazał mi zabić Dumbledore’a, oni od razu wystąpili, by błagać go o pozwolenie na wstąpienie w szeregi śmierciożerców. To dla mnie byli wtedy w Pokoju Życzeń… To dla mnie zginął najpierw Vin, a potem Greg… A ja nigdy nie byłem dla nich wystraczająco dobrym przyjacielem, bo zawsze gdy pytali mnie o radę, ja milczałem. Zawsze, gdy prosili mnie o wsparcie, siedziałem cicho. Nie zasłużyłem na nich…
Czasami cisza naprawdę potrafi w nas uderzyć. Czasami cisza jest nawet głośniejsza niż krzyki. Czasami cisza boli bardziej niż słowa.
Hermiona jest pogrążona w ciszy.
Czuje, że powinna się odezwać, spróbować jakoś mu pomóc, ale nie potrafi. To, co mówi Draco zbyt mocno wpływa na jej zachowanie.
– To… – milknie, nim powie zbyt wiele.
Draco śmieje się chrapliwie.
– Powiedz to, Granger. Po prostu to powiedz…
Hermiona unosi głowę i wpatruje się w Draco. Jego oczy są jak burza. Grom i błyskawice niemal się w nich błyszczą. Czy to możliwe, że jedno spojrzenie może wywołać deszcz emocji?
Jej słowa przecinają ciszę: mocno tną powietrze i niemal rozcinają policzek Draco. Prawda zawsze boli najbardziej.
– Jesteś egoistą, Malfoy.
Chłopak kiwa głową z gorzkim uśmiechem.
– Jestem. I ciągle za to płacę.
Nim Draco po raz koleiny się odzywa, przeciera oczy; pieką go i niezwykle szczypią. Nawet przy tak słabym blasku świec Hermiona widzi, że są zaczerwienione.
– Cały czas myślę tylko o sobie. Myślę o tym, co ja czuję, czego ja bym pragnął, co ja powinienem zrobić… Nigdy nie ma miejsca na kogoś innego… I to jest najgorsze, nim w ogóle orientuję się, że mam przy sobie ludzi, którym na mnie zależy, oni odchodzą.
Hermiona zaciska mocno wargi.
– Tak właśnie kończą egoiści, Malfoy – mówi niespodziewanie. Szybko orientuje się, że nie powinna… Nie teraz, jednak nie może powstrzymać goryczy, która powoli przyćmiewa jej umysł. Coś w jej sercu wręcz krzyczy, że zasłużył sobie na to.
– Gdyby nie Czarny Pan… Gdyby on nigdy się nie narodził…
– To nie jest twój pan, Malfoy – przerywa mu ostro Hermiona. – To morderca. To Voldemort! To nigdy nie był, ani nie będzie pan
Draco spogląda na nią ze znużeniem widocznym w oczach.
– To już na zawsze będzie mój pan, Granger… – mówiąc to, Draco podciąga rękaw koszuli i kładzie na stole swoją rękę. Czarny, teraz już wyblakły wąż, wije się po całym jego przedramieniu.
Hermiona nie odrywa wzroku od Mrocznego Znaku. Wpatruje się w niego z wyraźnym obrzydzeniem i nienawiścią. Draco spogląda na jej purpurowe policzki, szybko unoszącą się klatkę piersiową i dłonie zaciśnięte na krawędzi stołu.
– Jak mogłeś być takim głupcem, by w niego uwierzyć?!
Draco wolałby, żeby wykrzyczała te słowa, ona jednak mówi jej szybko, na jednym wdechu, ale bardzo, bardzo wolno. Każdy wyraz uderza w Draco niczym bat. Rozcina jego skórę kawałek po kawałku, powoli…
– Wystarczyło, że mój ojciec wierzył… 
Hermiona nie odwraca wzroku od twarzy Draco. 
– Jesteś dumny z tego, jakim człowiekiem jesteś?
Chłopak nie zastanawia się długo nad odpowiedzią.
– Kiedyś byłem. Za każdą obelgę skierowaną w stronę twoją lub Pottera, lub jakiegokolwiek innego Gryfona dostawałem pochwałę. Mój ojciec mówił, że tak trzeba. Trzeba pokazywać, że jesteśmy lepsi, synu. Trzeba udowadniać im potęgę nazwiska Malfoy, powtarzał.
Draco uśmiecha się ponuro.
– Tak naprawdę ta potęga na nic się zdała… Nie pomogłem przyjaciołom, gdy tego potrzebowali. Nie uchroniłem matki przed wielkim niebezpieczeństwem… Moje nazwisko jest tylko złym skojarzeniem, bo zawsze gdy ktoś powie o Malfoyach, będzie mówił o śmierdzących śmierciożercach…
Hermiona prostuje się i unosi wyżej podbródek. Ona wie, co powinien zrobić Draco, dlatego odzywa się spokojnym, ale nieco zdystansowanym głosem.
– Twoje poprzednie decyzje wpłynęły na twoje życie. Może więc i te teraźniejsze na nie wpłyną. Postaraj się, Malfoy, spróbuj żyć tak, by już nikogo nie ranić. Spróbuj się zmienić… – ostatnie słowa niemal szepcze. Cisza panująca w bibliotece jest przerywana jedynie ich szybkimi oddechami. Nawet nie zorientowali się, kiedy ich twarze zaczęły dzielić zaledwie centymetry. Cały czas wpatrują się sobie głęboko w oczy. Jedno tonie w spojrzeniu drugiego. Nie potrafią wstać i odejść. Nie teraz, nie w takim momencie.
– Pomożesz mi w tym, Granger? Dasz mi szansę?
Oddech Draco drażni jej policzek. Chłopak pachnie pergaminem i czekoladą, a gdzieś ponad tę woń przebija się też mocny, miętowy zapach. Hermiona nigdy nie sądziła, że coś spodoba jej się aż tak bardzo.
Cała złość i rozgoryczenie znikają. Ich miejsce zastępuje fascynacja… Ogromna, nieprzenikniona chęć poznania wszystkich tajemnic Malfoya. Co tak naprawdę skrywa w swoim sercu Draco? O czym tak naprawdę myśli?
Z wyjątkowym trudem w końcu szepcze odpowiedź na pytanie chłopaka.
– Spróbuję.
Draco kiwa lekko głowę. Nawet przez chwilę nie myśli o tym, żeby się od niej odsunąć. A wręcz przeciwnie, coś hipnotyzuje go i przyciąga do niej. Delikatnie unosi dłoń i powala sobie na dotknięcie jej włosów. Uśmiecha się, bo są tak miękkie i puszyste jak mu się wydawało. Nie panuje nad swoim zachowaniem… Nie wie, co nim kieruje…
Po prostu w jednej chwili jego usta dotykają jej policzka. Jej skóra jest ciepła i przyjemnie gładka. Draco przymyka oczy, rozkoszując się tymi kilkoma sekundami błogiego zapomnienia. W końcu jednak odsuwa się od niej.
– Granger – szepcze ochryple i przełyka głośno ślinę.
– Malfoy…
Gdy z oddali dociera do nich dźwięk dziewiątego uderzenia zegara, wstają i bez słowa ruszają do wyjścia z biblioteki.
Ich twarze są niczym otwarte księgi. Każdy wyczytałby z nich, to co oni tak długo starali się ukryć. Są sobą zafascynowani, są sobą zaintrygowani.
Potrzebują swojej obecności.
– Do zobaczenia jutro – mówi cicho Hermiona.
Draco unosi lekko kącik ust.
– Do zobaczenia jutro.

***

2 luty 1999, noc
Wszędzie widzę jej oczy.
Jest kilka minut po trzeciej. Obudziłem się, bo miałem sen, a ona w nim była. To dziwne, ale i fascynujące. Mam wrażenie, że coś pcha mnie w jej kierunku, a nie ma już siły, która zdołałaby mnie zatrzymać.
Zupełnie jakby coś, co wcześniej sprawiało, że potrafiłem uspokoić swoje myśli, pozostawiło mnie samemu sobie. Mój opór zniknął, moje uprzedzenia też.
Pozostały tylko jej oczy; brązowe jak czekolada.
Draco

***

Czwartkowe zajęcia eliksirów zapowiadają się inaczej niż poprzednie. Profesor Slughorn uśmiecha się lekko, choć wciąż widać, że jest to uśmiech wymuszony – tak jak podopieczni jego domu, wciąż nie pogodził się ze śmiercią Gregory’ego.  
– Chciałbym, żebyście dzisiaj zamienili się stanowiskami. Niech będzie to dla was okazja do współpracy z kimś innym – mówi profesor cichym głosem, nie musi krzyczeć, uczniowie zawsze go słuchają.
Hermiona niepewnie spogląda na Draco, ten jednak uśmiecha się z ironią.
– Powodzenia, Granger, zdaje się, że ci się przyda. – Draco sugestywnie unosi jedną brew i kiwa głową w lewą stronę.
– Ja zaklepuję sobie Granger! – Ponad całym zamieszaniem, które zaczyna panować w klasie, dudni głos Pansy Parkinson.
Ślizgonka staje obok Hermiony i łapie ją pod ramię. Na jej ustach widać triumfalny uśmiech. Od niechcenia poprawia swoje czarne włosy i spogląda znad kurtyny rzęs na zbliżającą się Ginny.
– Wybacz, Weasley, byłam pierwsza.
  – Ale… – Ginny jest zbyt zaskoczona, aby cokolwiek powiedzieć. W jej oczach jednak zaczyna lśnić wielka złość.
Pansy jednak obrzuca Ginny pełnym wyższości spojrzeniem i ciągnie Hermionę na tył klasy, do ławki, w której wciąż jeszcze siedzi Teodor.
– Idź stąd, Teo, ja zostaję w tej ławce – rzuca Parkinson, marszcząc przy tym zabawnie brwi.
Teodor prycha.
– I co, Granger, wybrałaś sobie niezłą partnerkę…
Hermiona uśmiecha się delikatnie.
– Żebym ja jeszcze miała jakiś wpływ na ten wybór...
Pansy prycha głośno i macha dłonią na Teodora, jakby ten był nieznośną muchą. Chłopak w końcu daje za wygraną i rusza w stronę wolnej ławki Draco. Odchodząc, rzuca jednak jeszcze długie i sugestywne spojrzenie Pansy.
– Wybraliście sobie niezłe miejsca – mamrocze Hermiona. Ławka Pansy i Teodora stoi w doskonałym miejscu, jest idealnie na uboczu, ale widać z niej wszystko, co jest zapisane na tablicy, a dodatkowo stoi zaledwie parę kroków od szafki z kociołkami, fiolkami, przyborami i składnikami do eliksirów.
– Trzeba myśleć o korzyściach – mówi Pansy i siada na krześle pod ścianą. Dłonią wskazuje Hermionie miejsce obok siebie.
Profesor Slughorn przechadza się po klasie dokładnie spisując pary, w jakich będą pracować uczniowie, a następnie wyjaśnia, co czeka ich na dzisiejszych zajęciach. Muszą uwarzyć wybrany przez siebie eliksir bez korzystania z instrukcji i dodatkowych pomocy naukowych. Muszą w pełni polegać na swojej wiedzy i wiedzy swojego partnera.
– Więc, Granger – zaczyna Pansy – nad czym dzisiaj pracujemy?
Pansy siedzi idealnie prosto, z dłońmi skrzyżowanymi na kolanach. Jest całkowicie skupiona, w tej chwili trochę przypomina Hermionie profesor McGonagall.
– Który eliksir jest twoim ulubionym?
Pansy unosi brew.
– Ulubionym? Co masz na myśli?
– Eliksir, którego warzenie wychodzi ci najlepiej?
Pansy zastanawia się chwilę. Uwielbia warzyć eliksiry, ale czy istnieje jeden, którego tworzenie sprawia jej największą przyjemność? Chyba nie ma czegoś takiego, chociaż…
Pansy rumieni się mocno, co wyraźnie odznacza się na jej bladej skórze.
– Amortencja – mówi cicho i niemal kuli się ze wstydu.
Hermiona musi kilkakrotni mrugnąć, by w końcu zrozumieć, co mówi Ślizgonka. Najpierw na ustach Hermiony pojawia się lekki uśmiech, ale chwilę potem dziewczyna zaczyna śmiać się perliście. Kilkoro uczniów spogląda na tę scenę z zaskoczeniem.  Ginny, która wciąż jest wściekła, nie może oderwać wzroku od swojej przyjaciółki. Hermiona już od bardzo dawna nie śmiała się przy niej tak, jak śmieje się teraz przy tej ohydnej Ślizgonce. Ginny zaciska dłonie i odwraca się w stronę swojej dzisiejszej partnerki.
– Żartujesz, prawda? – pyta Hermiona. – Naprawdę amortencja?
Pansy mierzy ją wzrokiem.
– To nie jest wcale zabawne, Granger.
Hermiona uśmiecha się szeroko.
– Musiałaś ją kiedyś na kimś wykorzystać? No wiesz, żeby kogoś w sobie rozkochać?
Pansy zauważa, że Hermiona kątem oka spogląda na Draco. Pozwala sobie na delikatny uśmiech i dopiero po chwili się odzywa:
– Nigdy nie upijałam Draco eliksirem miłosnym, prędzej podejrzewałabym, że on upijał nim mnie…
– Ale ja nie to miałam na myśli! – broni się Hermiona, ale jej policzki lekko czerwienieją. Dawno nie była tak zmieszana.
– Po prostu lubię zapach amortencji – wyznaje Pansy, wzruszając ramionami. – I może kilkakrotnie przy użyciu tego eliksiru, zrobiłam naprawdę niezłe żarty…
Hermiona mimowolnie sztywnieje.
– Chyba żartujesz? Przecież tak nie można! To niezgodne z prawem, a gdyby eliksir ci nie wyszedł? Czy ty wiesz, jak mogłoby to się skończyć?
Tym razem to Pansy się śmieje.
– Ty chyba naprawdę nie masz poczucia humoru, Granger!
Hermiona zagryza wargę, powstrzymując się od odpowiedzi. Mimo że wie, ze zachowanie Pansy było głupie i bardzo nieodpowiedzialne, to coś jej mówi, że sytuacja, o której mówi Ślizgonka musiała być bardzo zabawna i Hermiona żałuje, że jej nie widziała.
Półtorej godziny mija im na wspólnej pracy. W tym czasie niejednokrotnie kłócą się i rozmawiają na zupełnie błahe tematy. Parokrotnie do ich stolika podchodzi profesor Slughorn, chcąc sprawdzić jak przebiega współpraca jego dwóch ulubionych uczennic. Nie wydaje się być bardzo zaskoczony, gdy okazuje się, że eliksir ma się świetnie!
– Chyba skończyłyśmy – mówi Pansy. Wpatruje się w perłowo połyskujący eliksir z wyczuwalną dumą.
– Ty pierwsza go powąchaj – zachęca Hermiona, a Pansy nie trzeba długo powtarzać.
Pochyla się nad kociołkiem i głęboko wciąga zapach. Najpierw czuje delikatną kwiatową woń, która kojarzy jej się z różanymi ogrodami, rozciągającymi się za jej domem. Następnie zapach lakierowanego drewna, dzięki któremu od razu przypomina sobie o pianinie stojącym w jednym z mniejszych saloników w dworze Parkinsonów. Jest niemal pewna, że za chwilę poczuje znajomą i charakterystyczną dla Rogera woń, nie dzieje się to jednak… Zamiast tego czuje zmysłowy, mocny zapach, tak doskonale znanej jej osoby. Przymyka oczy pozwalając sobie na chwilowe zapomnienie i otulenie w tej ostrej nucie zapachowej. Cytrusy delikatnie drażnią jej nos… Mogłaby całkiem pogrążyć się w tej błogiej przyjemności…
– Pansy?
Hermiona przypatruje się dziewczynie z zaskoczeniem. Pansy zdaje się być zupełnie nieobecna, jakby wpadła w sidła amortencji i nie potrafiła się z nich wyplątać. W końcu jednak unosi głowę znad kociołka i spogląda na Hermionę zaczerwienionymi oczami.
– Chyba… Chyba mam delikatnie mówiąc przerąbane…
Pansy z kamienną miną siada na swoim krześle i gestem wskazuje Hermionie, że teraz jej kolej. Ta unosi brwi zaskoczona i ciekawa zarazem, ale nie zadaje pytania, które ciśnie jej się na usta. To nie jej sprawa… Zamiast tego pochyla się nad kociołkiem i mocno zaciąga się oparami, które unoszą się nad powierzchnią wywaru.
Od razu uderza w nią zapach świeżo skoszonej trawy. Czuje ukłucie w sercu, bo przypomina sobie o latach spędzonych w jednorodzinnym domu na jednym z podlondyńskich osiedli. Myśli o ogromnym ogrodzie, który był dumą jej matki; o rozmaitych gatunkach drzwi i kwiatów, które pielęgnowała. Chwilę potem z błogim uśmiech zaczyna czuć zapach nowych pergaminów, dopiero co kupionych książek, ale także starych, pożółkłych już stronić rozmaitych powieści. Zapach biblioteki, księgarni… Niemal słyszy szelest przewracanych stron… Hermiona zagryza wargę, bo nagle przypomina sobie o tym, że jeszcze do niedawna w amortencji czuła też zapach włosów Rona… Mocno zaciska powieki i powoli odsuwa się od kociołka. Nagle jednak zaczyna czuć jeszcze jakiś zapach… Woń jest na razie delikatna, niepewna i nie kojarzy się Hermionie z czymkolwiek jej znanym… Musi jednak przyznać, że zapach jest oszałamiający… Kojarzy się Hermionie, z dopiero co zaparzoną czekoladą i miętą zerwaną dosłownie przed chwilą, wciąż jeszcze soczyście zieloną.  
Hermiona unosi głowę i marszczy brwi. Rozgląda się uważnie, jakby szukając kogoś w tłumie. W końcu drżącym głosem się odzywa:
– Nie wiem, jak pachnie twoja amortencja, Parkinson, ale moja pachnie kłopotami…  
Zagryza wargę i oplata się ciasno ramionami. Nie zna tego zapachu, ale mimo to czuje, że jest on zwiastunem wielu przyszłych problemów… Teraz żałuje, że nie uwarzyła innego eliksiru…

***

5 luty 1999
Dzisiaj spędziłem całe popołudnie z Astorią. Siedzieliśmy obok siebie, ramię w ramię na kanapie w Pokoju Wspólnym. I mimo że wszystko zdawało się być idealnie; my jedni, z dala od wszelkiego zgiełku, skupieni tylko na ciszy wokół nas… Czegoś mi brakowało.
Astoria jest perfekcyjną dziewczyną i czuję, że z nią mógłbym spróbować stworzyć swoją historię na nowo, ale…
Ale jednak cały czas czuję, że ciągnie mnie do kogoś innego. Do kogoś, o kim nigdy wcześniej nie myślałem w taki sposób, w jaki myślę teraz.
Ta jedna osoba nie daje mi spać, nie daje mi normalnie myśleć. Od poniedziałku czuję mrowienie na ustach, gdy ją widzę. Jej skóra była miękka i delikatna… A włosy tak aksamitne w dotyku, choć bardzo puszyste.
Nie powinienem, ale ona przegnała już tyle cieni, że czuję się z nią zżyty. Jakbyśmy się dopełniali.
Draco

***

– Przepraszam za spóźnienie!
Hermiona opada na jedno z krzeseł. Przy stoliku w bibliotece siedzi już Luna, Michael Corner i Terry Boot. Rozmawiają ze sobą cicho i jednocześnie sporządzają notatki. Widać, że wszyscy są bardzo skupieni na tym, co robią.
– Czemu tak długo, Hermiono? – pyta Luna. Marszczy brwi i wygina wargi, zdaje się być lekko zmartwiona, ale i rozkojarzona...
Hermiona rumieni się mocno.
– Rozmawiałam z profesor, znaczy się… z dyrektor McGonagall… Naprawdę bardzo was przepraszam, nie chciałam, żebyście na mnie czekali.
Terry śmieje się cicho i spogląda na Hermionę znad pergaminu. Mruga do niej zadziornie i wzrusza ramionami.
– Na ciebie zawsze warto czekać.
Hermiona uśmiecha się z zakłopotaniem i kręci głową, chcąc ukryć swoje zaskoczenie. Pochyla się nad torbą i wyjmuje z niej swoje pióro z kałamarzem i kilka pergaminów.
Zauważa, że Terry przygląda się jej badawczo, dlatego pochyla się w jego stronę. Wówczas chłopak odzywa się konspiracyjnym szeptem.
– Ja też przyszedłem zaledwie chwilę temu, ale tych dwoje nawet mnie nie zauważyło… – Terry sugestywnie unosi brwi, a Hermiona otwiera szeroko oczy.
– Luna i Michael? Przecież to niemożliwe! – Śmieje się cicho. – Nie sądzę, żeby między nimi coś było…
Terry patrzy Hermionie głęboko w oczy.
– Siedzą ostatnio na wszystkich lekcjach razem, uczą się wspólnie w Pokoju Wspólnym, chodzą razem na śniadania i…
Terry uśmiecha się szeroko i pochyla jeszcze bliżej Hermiony. Jego usta niemal dotykają jej ucha.
– Idą razem do Hogsmeade.
Hermiona prostuje się gwałtownie, akurat w momencie, w którym na nią i Terry’ego spoglądają Luna i Michael. To Corner się odzywa:
– O czym tak szeptaliście?
– O niedzielnym wypadzie do wioski – mówi swobodnie Terry. Poprawia dłonią brązowe włosy, które opadają mu na oczy i wygodniej opiera się o krzesło.
Hermiona cały czas intensywnie wpatruje się w Lunę. Jak przyjaciółka mogła nie powiedzieć jej o spotkaniach z Michaelem? A jeśli mówiła, tylko Hermiona była zbyt zajęta samą sobą? A jeśli Ginny ma rację i faktycznie Hermiona za bardzo zaniedbuje przyjaciółki? Czuje jak jej serce zaczyna szybciej bić, a oddech przyśpiesza. Ma ochotę podejść do Luny i mocno ją uściskać na przeproszenie… Jest jej tak strasznie głupio…
– Pytałem Hermionę, czy nie chciałaby pójść tam ze mną… – Terry uśmiecha się szeroko i wpatruje uważnie w pannę Granger.
Hermiona słysząc słowa chłopaka, odwraca się powoli, jest zupełnie zaskoczona. Jej oczy są szeroko otwarte, a brwi wysoko uniesione. Czy ona się nie przesłyszała? Kątem oka zauważa delikatny uśmiech Luny i jej pełne aprobaty spojrzenie i po prostu wie, że nie może odmówić Terry’emu. Uśmiecha się miło i kiwa delikatnie głową.
– Z przyjemnością z tobą pójdę, Terry – mówi, patrząc mu głęboko w oczy i podświadomie doszukując się w jego błękitnych oczach burzowych iskier, które ostatnio ją prześladują.