poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Rozdział 31

Cześć, kochani ;)
Przepraszam za dzień zwłoki, ale w sobotę byłam na weselu, a wczoraj na poprawinach i nie miałam możliwości wrzucić rozdziału. Ale dziś już jestem ;) Rozdział 31 jest trochę inny niż wcześniejsze, zwłaszcza końcówka może Was mocno zaskoczyć i zadziwić, bo coś czuję, że takiego klimatu nie spodziewaliście się akurat w tym opowiadaniu. Ogólnie cały ten rozdział może naprawdę wprowadzić Was w spore zdziwienie :D! 
Rozdział jeszcze niezbetowany, dopiero wysyłam go do Cassie, dlatego przepraszam za błędy ;)
A tak przy okazji, jak mijają Wam wakacje? Jakieś plany na ostatnie tygodnie? 
Buziaki, 
Charlotte

***

Mrok

Piątek zapowiada się zwyczajnie… Do czasu, gdy sowy przynoszą nowe wydanie Proroka Codziennego.
Ginny, jak gdyby nigdy nic, podbiera winogrono z talerza Hermiony. Przyjaciółka jest tak zaczytana, że zdaje się tego nie zauważać, co tylko zachęca Ginny do tego, by jeszcze raz wyciągnąć dłoń w kierunku talerzyka Hermiony. Zostaje jednak przez nią uszczypnięta.
– Ał! – syczy głośno. – To bolało!
– I miało! Zjadłaś wszystko, co miałam na talerzu! – mówi głośno Hermiona, przyciąga tym samym uwagę kilku osób, które wychylają się zza gazet i piorunują je wzrokiem.
– Co się stało? Czemu panuje tu taka grobowa cisza? – zastanawia się głośno Ginny i bawi ostatnim winogronem, które udało jej się zabrać z talerzyka przyjaciółki.
Hermiona kręci głową.
– Nie masz swojego egzemplarza Proroka?
– Zapomniałam odnowić zamówienie.
– No to patrz…
Hermiona rozkłada przez Ginny gazetę. Na pierwszej stronie widnieje wielki, napisany czarnymi zamczystymi literami nagłówek: Departament Tajemnic okradziony! Ginny szybko czyta cały artykuł i z każdym słowem blednie coraz bardzie i bardziej. Jej odważne gryfońskie serce teraz wypełnia strach. Pozwala sobie na to, bo wie, że na nic zdałaby się teraz jej odwaga. Nigdy nie wygrałaby z taką potęgą.
Spogląda na Hermionę jakby to, co przeczytała było tylko żartem i odzywa się drżącym głosem.
– Skradziono plany Azkabanu?
Gdy Hermiona kiwa głową z powagą, jedyne co Ginny jest w stanie powiedzieć to przepełnione rozpaczą pytanie:
– Merlinie, co teraz będzie?

***

16 stycznia 1999
Od wczoraj wszyscy chodzą albo przybici, albo przerażeni, a co poniektórzy rozdrażnieni. A wszystko za sprawą głośnego artykułu w Proroku Codziennym. Mam przy sobie ten egzemplarz i jedyne co jestem w stanie stwierdzić to to, że jeżeli Prorok chciał wywołać zbiorową panikę, to mu się to całkowicie udało. Jeśli to, co piszą jest prawdą, to wszyscy niezależnie od wieku, płci, krwi jesteśmy w niebezpieczeństwie. Nie wiadomo, kto ukradł dokumenty z Departamentu Tajemnic i czy naprawdę są to dane dotyczące dokładnej lokalizacji Azkabanu, zabezpieczających go zaklęć, rozkładu pomieszczeń, korytarzy i pułapek…
Na wolności jest wielu śmierciożerców, którzy z przyjemnością wyciągnęliby z więzienia swoich przyjaciół. A później razem podpalili świat…
Pytanie tylko czy Chłopiec, który przeżył dałby radę ich powtrzymać? Potter wypełnił już swoje przeznaczenie: Zabił Czarnego Pana… Więc kto stawi czoła pozbawionym dowódcy i kontroli śmierciożercom? Jeśli udałoby im się odbić więźniów, staliby się niesamowicie silni i być może niezwyciężeni. W czasie Drugiej Wojny Czarodziejów zginęła większość potężnych i doświadczonych członków Zakonu Feniksa. Co stałoby się z nami teraz? Czy tak ma to wyglądać?
Czy mrok nas pochłonie?
Draco

***

Wtorkowa lekcja zaklęć niemiłosiernie dłuży się Pansy… A wszystko przez to, że wczorajszej nocy Pansy cierpiała na bezsenność i postanowiła, że umili sobie noc, czytając kolejny dział w podręczniku. Kto by pomyślał, że zafascynuje ją to tak bardzo, że zamiast zanudzić się na śmierć, rozbudzi ją do tego stopnia, że zacznie nawet zapamiętywać formułki zaklęć?
Teraz Pansy pluje sobie w twarz, przeklinając tę ciekawość, która kazała jej do końca przeczytać podręcznik. Mimo że siedziała do piątej rano, czuje się niezwykle rozbudzona, a co najważniejsze, przepełniona wiedzą.
Gdy wskazówka zegara ponownie mozolnie się przesuwa, Pansy z rozpaczą stwierdza, że jest jedenasta pięćdziesiąt. Mija dopiero dziesiąta minuta jej lekcji!
– Nie wytrzymam dłużej! – szepcze Pansy i kładzie głowę na ramieniu Teodora.
Chłopak zerka na nią kątem oka, ale nie przestaje notować. On, w przeciwieństwie do przyjaciółki, ma zamiar słuchać profesora.
– Przeczytałam wczoraj w nocy ten dział, więc jak chcesz mogę ci go streścić… – szepcze mu do ucha Pansy, łaskocze go w szyję swoimi włosami i Teodor z trudem opanowuje się przed rzuceniem w Pansy jakimś zaklęciem. Nie chce wywoływać zamieszania, dlatego jedynie potrząsa ramionami, chcąc odsunąć się od dziewczyny. Jej włosy strasznie go irytują.
– Znam ten dział na pamięć – warczy Teodor i jeszcze raz próbuje odsunąć od siebie przyjaciółkę, ta jednak, chcąc mu zrobić na złość, opiera się bardziej na jego ramieniu. Teodor w duchu dziękuje Marlinowi za to, że siedzą w jednej z ostatnich ławek.
– I dopiero teraz mi to mówisz? Teodorze Nott jesteś strasznym przyjacielem, gdybym wiedziała, że już umiesz te tematy wyciągnęłabym cię na wagary!
– Pansy! – rzuca ostrzegawczo Teodor. – Możesz się zamknąć?
Draco i Blaise siedzący przed nimi odwracają się i zerkają na nich niepewnie. Pansy szczerzy zęby w uśmiechu, a Teodor tylko kręci głową.
– Na kolejnej lekcji ty się z nią męczysz, Draco!
Draco kręci głową i szepcze coś do Blaise’a, obaj śmieją się cicho i żaden już nie odwraca się w stronę stolika Teodora.
– Widzisz, Teo – szczebiocze Pansy – jesteś skazany na mnie!
Przez kolejne dziesięć minut buzia Pansy się nie zamyka. Dziewczyna cały czas coś mówi, niekiedy zbyt głośno, przez co profesor Flitwick już dwukrotnie zwraca jej uwagę. Mimo to Pansy zdaje się nie być nawet w minimalnym stopniu zawstydzona i nie wykazuje żadnej skruchy. Teodor ma ochotę zepchnąć przyjaciółkę z krzesła, a najlepiej to wyrzucić ją na korytarz i zapomnieć o jej istnieniu!
– Mówię ci, Teo, moglibyśmy teraz siedzieć w Pokoju Wspólnym i spokojnie popijać gorącą czekoladę!
– Pansy! – warczy Teodor. – Bądź. Już. Cicho! – cedzi te słowa, a najmocniej akcentuje ostatnie.
Pansy wzrusza ramionami i opera dłonie na stoliku, a na nich opiera swoją brodę. Zdaje cię być zamyślona, a Teodor wzdycha z ulgą. Niestety, za szybko odpuszcza, Pansy już otwiera usta, w ostatniej chwili Teodor przyciska do nich swoją dłoń.
– Jeśli masz już zamiar coś mówić, to może porozmawiamy o czymś istotnym, co? Temat lekcji, albo skradzione z Departamentu Tajemnic akta?
Pansy kręci głową, a Teodor z wahaniem odsuwa dłoń od jej twarzy.
– Na pewno nie będziemy rozmawiać o aktach. Wszyscy już o tym mówią, nauczyciele, duchy… nawet Dafne i Tracey. Merlinie, ostatnio nawet w liście do mnie Roger o tym wspomniał… Swoją drogą, skorzystałam z twojej rady i przestałam wyrzucać listy od niego, ba! nawet dwa razy już odpisałam… Wiesz, uznałam, że nie mogę zachowywać się tak chamsko.
Teodor kładzie głowę na ławce i delikatnie uderza czołem o blat.
– Piłaś dzisiaj kawę, Pansy? – pyta mimowolnie.
Dziewczyna kiwa ochoczo głową.
– Całą noc nie spałam, bo tak mnie wciągnął podręcznik od zaklęć! Pozwolił mi chociaż na chwilę zapomnieć o tym bałaganie w Ministerstwie… Ale rano byłam taka śpiąca…  Kawa mi pomogła. Chociaż musiałam wypić aż dwie filiżanki, żeby do końca się rozbudzić!
– Dwie filiżanki?
Teodor spogląda na nią z przerażeniem.
– Wypiłaś za jednym razem dwie filiżanki kawy? Przecież ty nie wypijasz nawet jednej dziennie? Och, Merlinie…
Pansy wzrusza ramionami i szeroko się do niego uśmiecha. Trąca go łokciem i mruga do niego dziarsko.
– Nie mówmy teraz o mnie, Teo! Ani nie mówmy o aktach! Pomówmy o tobie! Zauważyłeś jak Susan Bones na ciebie patrzy? Jak Merlina kocham, ona co chwilę na ciebie zerka. Lubicie się, nie? Mogłoby wyjść z tego coś całkiem ciekawego, chociaż jesteś Ślizgonem, a ona, pożal się Merlinie, Puchonką… Naprawdę, moim zdaniem oni są przeraźliwie nudni, a dodatkowo nie ma nawet na kim oka zawiesić… Chociaż nie, Ernie MacMillan i Zach Smith są całkiem nieźli, nie sądzisz? Ostatnio nawet jakoś tak wyszło, że gadałam o nich z Astorią, obie mamy podobne zdanie, co do nich…
Teodor nie wytrzymuje dłużej.
– Pansy! Zamknij się w końcu! – mówi, a właściwie wykrzykuje te słowa Teodor. Momentalnie w klasie zaczyna panować cisza i trwa ona dopóki śmiechem nie wybuchają Blaise i Draco. Profesor Flitwick nie skupia się jednak na nich, a na Teodorze i na Pansy.
– Zwracałem wam już uwagę kilkanaście razy! – unosi się profesor. – A wy mimo to nie przestaliście przeszkadzać mi w lekcji! Skoro cały czas rozmawialiście, musicie już wszystko umieć, a więc wasza obecność jest tutaj zbędna!
Teodor blednie, a Blaise i Draco nieomal nie spadają z krzeseł tak przeraźliwie głośno i mocno rechoczą.
– Ale, ale… – Teodor jąka się. – Profesorze, ja bardzo proszę…
– Niech pan się nie odzywa, panie Nott. Slytherin otrzymuje minus czterdzieści punktów, a pana proszę o wyjście z klasy i zabranie panny Parkinson ze sobą!
Pansy, jak gdyby nigdy nic, wrzuca wszystko do torby i niemal biegnie w stronę drzwi, z trudem udaje jej się powstrzymać uśmiech cisnący się na usta. Teodor powolnie zbiera książki i jeszcze powolniej kieruje się w stronę wyjścia.
– Panie profesorze… – jeszcze raz zaczyna Teodor, ale Flitwick powstrzymuje go ruchem dłoni.
– Po kolacji proszę stawić się w moim gabinecie w celu odbycia szlabanu, a teraz żegnam!
Pansy niczym burza wypada z klasy, a Teodor z opuszczoną ze wstydu głową wychodzi za nią. Zamyka za sobą drzwi i rozgląda się z furią w oczach po korytarzu. Przyjaciółka opiera się o ścianę z figlarnym uśmiechem.
– To jak, masz ochotę na gorącą czekoladę?
Jej pytanie powoduje, ze Teodor wybucha. Powolnie cedzi słowa.
– Jeśli chcesz jeszcze pożyć, Parkinson, uciekaj!
Pansy spogląda na niego zaskoczona, ale widząc wściekłość malującą się na jego twarzy, piszczy głośno i rzuca się biegiem w stronę lochów. Nie trzeba czekać długo, by Teodor ruszył w ślad za nią.

***

21 stycznia 1999, czwartek
Jest już sporo po kolacji, ale jakoś nie umiem wstać, wyjść, zamknąć za sobą drzwi… Czuję się tutaj sobą…? To głupie, ale w ciągu ostatnich dni ta pusta klasa, w której jeszcze jakiś czasu temu dzieliłem swój czas z Granger, jest miejscem, gdzie mogę odsapnąć. Zwłaszcza po wczorajszym artykule w Proroku Codziennym. W nocy z wtorku na środę zamordowano w Londynie Martina, to jeden ze szmalcowników. Uciekł jeszcze zanim doszło do ostatecznego starcia między Czarnym Panem, a Potterem.  To Śmierciożercy i nie stwierdzam tego tylko dlatego że użyto Mrocznego Znaku… Prorok opisał wszystko dokładnie na podstawie zdobytych, niezbyt legalnie, informacji… Sposób działania jest charakterystyczny dla Śmierciożerców… Najpierw zmasakrowanie ciała, zadanie tortur, a potem zabicie przy użyciu zaklęcia niewybaczalnego, o ile wcześniej ofiara nie umrze z wycieczenia, szaleństwa, albo bólu…
Boję się tego, co może nadejść. Mroku, który nadciąga nad cały nasz magiczny świat. Mam wrażenie, że to światło było tylko złudzeniem…
Zrozumiałem to wczoraj, te zabójstwa nie są przypadkowe… Śmierciożercy eliminują wszystkich, którzy zdradzili…
Rodzina Ornano, uniknęli odpowiedzialności za swoje czyny, zdradzili Czarnego Pana, sir Klaus i jego rodzina, uniknęli odpowiedzialności za swoje czyny, zdradzili Czarnego Pana, Martin, uciekł, uniknął odpowiedzialności, zdradził…
Zastanawiam się, kto będzie następny…
I kiedy przyjdą po mnie.
Draco

Mija minuta, pięć minut, dziesięć. A Draco wciąż siedzi w tej samej pozycji; z przymkniętymi oczami, piórem w dłoni, opierając się o chłodną szybę… Jest odrętwiały z przerażenia, złości i bezradności.
Wczoraj, gdy tylko przeczytał artykuł pobiegł do swojej sypialni i napisał list do matki. Litery były nierówne, zamczyste, a pergamin zapełnił się kleksami, gdy szybko kreślił słowa. Nakazał matce wzmocnić zabezpieczenia dworu, użyć do tego wszystkich znanych jej zaklęć, nawet tych, które niekoniecznie są legalne. Przestrzegł ją przed przyjmowaniem gości i zaznaczył, że ma zachować szczególną ostrożność, bo Malfoyowie mogą być kolejnym celem…
Teraz Draco bierze głęboki wdech i przeciera dłońmi twarz. Ostatnio tak zagubiony czuł się, gdy szukał lekarstwa dla matki… Ale wtedy zjawiła się Granger ze swoją ogromna wiedzą i wszystko stało się jaśniejsze i łatwiejsze… Teraz jednak jest to niemożliwe… Nie rozmawiają ze sobą, unikają siebie nawzajem i starają się nawet nie przebywać w bliskiej odległości…
Draco znów jest ze wszystkim sam…
Ale czy na pewno?
Słyszę dobiegający z korytarza odgłos szurania butów, a następnie widzę cień przez szparę w drzwiach. Ktoś stoi przed nimi i waha się dłuższą chwilę czy wejść do pustej klasy, czy też odpuścić sobie na dziś. Zapewne dla nikogo nie będzie zaskoczeniem fakt, że to Hermiona. Dziewczyna długo bije się z myślami, ale w końcu chwyta za klamkę i z delikatnym skrzypieniem otwiera drzwi. W pomieszczeniu pali się kilka świec i Hermiona zamiera. Te kilka minut bezruchu sprawiają, że Draco ją zauważa i teraz Hermiona nie jest już w stanie niespostrzeżenie się wymknąć.  
Wpatrują się w siebie z nieskrywaną ciekawością w oczach. Jedno ocenia drugie… Hermiona dostrzega, że krawat Draco jest rozwiązany, koszula pomięta, a dodatkowo – co nigdy się nie zdarza – ma podwinięte rękawy, tak że całe jego lewe przedramię jest odsłonięte. Mimowolnie Hermiona wpatruje się w czarny, wyblakły już znak na jego niemal białej skórze…
– Granger…
Draco kiwa lekko głową. Jest świadom tego, że Hermiona spogląda na jego rękę, dziewczyna nawet nie stara się sprawiać pozorów… On jednak nie jest jej dłużny. Z niemałą satysfakcją, zauważa że ona również wygląda na zmęczoną i przybitą. Ma podpuchnięte oczy, sińce w blasku świec wydają się chyba większe niż są w rzeczywistości, jej włosy sterczą we wszystkie strony, zupełnie jakby Hermiona nawet nie próbowała ich okiełznać… Ma na sobie spódniczkę od mundurku, ale zamiast tradycyjnej góry, włożyła gruby, wełniany sweter z wielkim, złotym „H” wyszytym na środku.
Draco wygina usta w złośliwym uśmiechu.
– Nie prezentujesz się zbyt dobrze, kiepski dzień?
Hermiona jakby dopiero otrząsa się z początkowego szoku i odrywa wzrok od mrocznego znaku, by spojrzeć Draco w oczy.
– W szóstej klasie Harry przysięgał na wszystko, że masz mroczny znak i jesteś śmierciożercą. Był tego pewien w tak wielkim stopniu, że gotów był wskoczyć w ogień, jeśli w ten sposób udowodniłby nam, że ma rację…
Draco krzywi się znacznie i mruży oczy. Wygodniej opiera się plecami o szybę i zaczyna intensywniej wpatrywać w Hermionę. Ciekaw jest jak potoczy się ta rozmowa.
– Nie wierzyliśmy mu, oczywiście – mówi Hermiona i uśmiecha się gorzko. – To wydawało się mało prawdopodobne… Voldemort miałby nadać znak tobie? Strachliwemu szesnastolatkowi o wielkim ego, wciąż chowającemu się za peleryną ojca?
Hermiona kreci głową, śmiejąc się przy tym pod nosem. Draco, mimo że czuje jak wściekłość zaczyna buzować w jego żyłach, z zaskakującym opanowaniem spogląda na poczynania dziewczyny. Najpierw Hermiona powoli zamyka za sobą drzwi, a następnie siada na ławce naprzeciwko Draco. Chłopak teraz jeszcze lepiej może się jej przyjrzeć. Wygląda jakby nie przespała ostatniej nocy, a dodatkowo ma strasznie poranioną dolną wargę. Musiało ją coś mocno zdenerwować, skoro zagryzła ją aż do krwi.
– Jak się później okazało, Harry miał rację… Ale mi wciąż coś nie pasowało… Ty nie pasowałeś mi wśród nich… – Hermiona zastanawia się na głos, a Draco lekko przechyla głowę w jej stronę, wyraźnie zaintrygowany.
– Zabawne – mówi w końcu Draco – wydawało mi się, że miano śmierciożercy wszyscy przypisywali mi jeszcze za nim faktycznie się nim stałem… Gratuluję, Granger, udało ci się mnie zaskoczyć, choć byłem pewien, że jest już to niemożliwe.
Hermiona spogląda na niego z wyraźną niechęcią. Długo wpatrują się w siebie nawzajem nim w końcu Hermiona postanowi odpuścić i odwrócić wzrok.
– Jak się czuje twoja mama?
Draco wzrusza ramionami, ale powoli zaczyna się rozluźniać.
– Przez pierwsze kilka dni była jeszcze nieco słaba, ale wystarczyło, że wypijała dziennie flakonik eliksiru wzmacniającego, by wszystko wróciło do normy. Zdaje się, że moja matka nigdy nie czuła się lepiej niż teraz. Wygląda zdrowo, czuje się zdrowo i, co najważniejsze, jest zdrowa.
Hermiona uśmiecha się delikatnie i kiwa lekko głową.
– To dobrze. Cieszę się, że wszystko z nią w porządku…
Draco przez chwilę nic nie mówi… Bezmyślnie wpatruje się w przeciwległą ścianę i zaciska dłonie w pięści. Chwilę zajmuje mu zastanowienie się nad słowami, które planuje wypowiedzieć…
– Nie miałem jeszcze okazji ci podziękować, Granger – zaczyna cicho Draco.
Hermiona wyraźnie garbi się, czując na sobie jego wzrok i słysząc pełen powagi głos. Najchętniej uciekłaby stąd jak najdalej i już nigdy więcej nie spoglądała w kierunku tej klasy, tego chłopaka… W kierunku przeszłości, w której mu pomogła…
– Nie musisz – odpowiada niemal szeptem Hermiona.
Draco jednak ignoruje jej słowa.
– Jeśli jest coś co mógłbym zrobić, bądź jeśli jest jakiś sposób, żeby ci się odwdzięczyć, Granger, to chciałbym go poznać…
– Nic od ciebie nie chcę, Malfoy – mówi Hermiona, nieco ostrzej niż zamierza.
Słysząc ton, jakim dziewczyna wypowiada jego nazwisko, Draco momentalnie się prostuje, a następnie z arystokratyczną gracją wstaje, poprawia rękawy koszuli i chwyta swoją torbę. Jego twarz nie wyraża żadnych uczuć, jest pusta i pozbawiona wyrazu. Choć w oczach widać cały ból, jaki sprawiają mu jej słowa.
– Oczywiście, w końcu czemu miałabyś chcieć cokolwiek ode mnie…
Hermiona krzywi się i z trudem odzywa.
– To nie tak… – Głos jej drży. – Nie chciałam cię obrażać, Malfoy, ja po prostu… Przepraszam, nie chodziło mi o to, że…
Dziewczyna jąka się i pierwszy raz od dłuższego czasu nie wie, jak dobrać słowa. Nie to miała na myśli! Merlinie, Merlinie, nie chciała go zdenerwować, ani obrazić!
Gdy Draco rusza w kierunku wyjścia, Hermiona zrywa się z miejsca i podąża w ślad za nim, by w końcu złapać go za ramię i zatrzymać. Gdy Draco niechętnie odwraca się w jej stronę, Hermiona puszcza go, zupełnie jakby jego skóra parzyła jej dłoń.
– Nie chodzi o ciebie, Malfoy, chodzi o mnie i o to, że nie pomagałam ci w przyrządzeniu eliksiru z powodu potencjalnych korzyści. Zrobiłam to, dlatego że czułam, że tak należy… Że tak powinnam postąpić... 
– Oczywiście – mówi z drwiną Draco. – Zapomniałem, że jesteś szlachetną Gryfonką, zawsze walcząca o dobro innych…
Hermiona spogląda na niego z wściekłością.
– Zapomniałam już jak wiele nienawiści w sobie masz, Malfoy, i jak trudno uwierzyć ci w to, że ktoś może z natury chcieć pomagać innym!
Draco wzrusza ramionami i nawet nie spoglądając na Hermionę, wychodzi z klasy, zostawiając ją samą.
Ta pierwsza od dłuższego czasu rozmowa między Draco a Hermioną, nie przebiega zbyt dobrze. Mimo to wszystko wskazuje na to, jakoby ich relacja zaczęła wracać do stanu sprzed przerwy świątecznej. W piątek w czasie transmutacji, gdy profesor Fair każe uczniom dobrać się w pary, Hermiona i Draco stają przy jednej ławce.  

***

Wojna się jeszcze nie skończyła.
Noc z dwudziestego trzeciego na dwudziestego czwartego stycznia jest mroczna. Cienie przemykają po ścianach domostw wioski Newcastle w hrabstwie Shropshire, a nieliczne latarnie tylko ułatwiają im wędrówkę. Miejscowość jest mała, zupełnie bezbronna… Doskonałe miejsce na perfekcyjną zbrodnię.
Od końca sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku mieszkańcy Newcastle żyją w niepewności. To właśnie wtedy na progu domu Mirandy Hunter, matki dziewięcioletniego Jima, zjawia się podejrzany mężczyzna. Jego szaty są czarne, mimo to nawet w nikłym blasku latarni widać, że są całe skąpane w szkarłatnej krwi. Ci odważniejsi i ciekawsi sąsiedzi Mirandy wychylają się przez barierki swoich balkonów i dostrzegają, że twarz mężczyzny jest brudna, cała zakrwawiona od szerokiej wciąż niezasklepionej rany ciągnącej się od grzbietu nosa, przez policzek, aż po szyję.
Niektórzy mają tyle szczęścia, że słyszą nawet rozmowę Mirandy z tajemniczym mężczyzną.
– Przegraliśmy… – mówi zachrypniętym głosem przybysz. – Voldemort upadł, a ja uciekłem… Oni będą mnie ścigać… Pozostali będą chcieli mnie dopaść za to, że nie zostałem z nimi, że uciekłem jak szczur… Jak zwykły, nędzny szczur…
Gdy przybysz zaczyna się jąkać i kulić nie wiadomo czy z bólu, czy z rozpaczy Miranda rozgląda się uważnie, świadoma bycia obserwowaną i szybko wciąga mężczyznę do domu. Żaden z mieszkańców Newcastle nie ma odwagi zakraść się do któregoś z okien jej domostwa i podsłuchać. Ja jednak jestem tam, w środku, widzę jak Miranda pomaga mężczyźnie się rozebrać, a następnie umyć, później sadza go na krześle przed kominkiem i zaczyna przemywać jego ranę. Kobieta w duchu dziękuje wszystkim znanym sobie czarodziejom i mugolskim bóstwom za to, że akurat tej nocy mały Jim poszedł nocować z kolegami pod namiot w pobliskim lesie.
– Nie zasłużyłeś na moją pomoc – mówi Miranda, a w jej oczach widać nienawiść. – Robię to tylko dla tego, że w naszych żyłach płynie jedna krew, że mamy jedną matkę i jednego ojca, bracie…
– Obiecali mi bogactwo, obiecali sławę… Wszyscy w niego wierzyliśmy… – szepcze. – Czarny Pan był przekonujący, nie sądziłem, że Harry Potter go pokona… Od maja uciekam. Zgubiłem różdżkę, a bez niej jestem słaby i bezbronny, i…
– Nie możesz tu zostać – przerywa mu. – W twoje rany najpewniej wdało się zakażenie, a ja nie mam eliksirów, więc będę musiała leczyć się mugolskim sposobem… Dam ci czas, żebyś wyzdrowiał, ale najpóźniej za kilka miesięcy ma cię tu nie być. Newcastle jest małe i przesądne, jego mieszkańcy nie mogą wiedzieć, że mieszka tu wiedźma…
– A twój syn?
Miranda zamiera i odsuwa się od brata.
– Jestem spostrzegawczy, Mirando. Widziałem zabawki, które tak bardzo starałaś się przede mną ukryć przy użyciu magii.
– Jim jest charłakiem, nie boję się o niego.
Mężczyzna krzywi się i spluwa na podłogę.
– Charłak! Gdyby ojciec żył już dawno rozprawiłby się z tobą i tym bękartem, suko.
Miranda łapie mężczyznę za podbródek i wbija w niego swoje długie paznokcie.
– Tylko dzięki mnie możesz przeżyć, nigdy o tym nie zapomnij! – warczy złowrogo, a następnie, jak gdyby nigdy nic, wraca do przemywania jego ran.
Aż do dziś mieszkańcy Newcastle nerwowo zerkają na Mirandę. To ona w większym bądź też mniejszym stopniu odpowiedzialna jest za niepokój panujący w mieście… Bowiem żaden z mieszkańców nie widział, by tajemniczy mężczyzna w czarnych szatach opuszczał ich wioskę… Czy to za dnia, czy to pod osłoną nocy…
A to znaczy, że wciąż kryje się on w domku Mirandy, stojącym nieopodal głównego placu wioski.
Dzisiejsza noc oprócz tego, że jest mroczna, jest też znacznie chłodniejsza niż wcześniejsze. Nad wioską zbierają się chmury, które w zaledwie kilka sekund sprawiają, że nikłe światło latarni jeszcze bardziej blednie, a po chwili znika. Teraz Newcastle całe pogrążone jest w mroku. A mrok ma to do siebie, że lgnie do niego zło.
Sześć odzianych w czerń postaci zjawia się na głównym placu. Trzy kobiety i trzech mężczyzn niosących śmierć. Wszyscy oni trzymają w dłoniach różdżki. Na znak stojącego na przedzie mężczyzny wszyscy szepczą zaklęcie:
– Lumos.
A następnie ruszają w kierunku domu Mirandy Hunter. Czworo z nich okrąża dom, a dwoje z łatwością pokonuje blokadę nałożoną na drzwi i wchodzi do środka. Najpierw udają się do sypialni Mirandy. Kobieta śpi, a w jej ciało wtulony jest jej syn Jim.
– Plugawa zdrajczyni – mówi nienawistnym, kobiecym głosem jedna z postaci. – Zasłużyła na tortury…
– Nie teraz, Victorio, jeszcze nie teraz. – Głos drugiej postaci jest szorstki. Zdecydowanie należy do mężczyzny w średnim wieku.
W tym samym momencie obie zakapturzone postaci rzucają zaklęcie. Mrok rozjaśniają dwa zielone promienie, które trafiają Mirandę i jej synka. Gdy mężczyzna i kobieta wychodzą z pokoju, Miranda i Jim wyglądają jakby byli pogrążeni we śnie, na ich twarzach cały czas widać delikatne uśmiechy.
W domu słychać skrzypienie schodów. Brat Mirandy powoli pokonuje ostatnie kilka stopni, jest zupełnie nieświadomy niebezpieczeństwa, jakie na niego czyha. Wchodzi do salonu i przeklina, gdy orientuje się, że światło nie działa. Silny wiatr zapewne pozbawił wioskę dostępu do prądu.  Nieoczekiwanie salon rozjaśniają dwa jasne promienie. Padają one dokładnie na piękne, srebrne maski dwóch postaci.
– Witaj, Hunter – mówi zakapturzony mężczyzna.
Hunter z trudem wykrzykuje imię siostry, a wówczas w salonie rozbrzmiewa piękny, acz przepełniony drwiną kobiecy śmiech.
– Już po niej, ale śmiało, krzycz imię swej siostry, ona twojego nie zdążyła…
Hunter odwraca się i jak najszybciej stara się dobiec do schodów, jednak silne zaklęcie mu to uniemożliwia. Kobieta dzięki zaledwie paru ruchom różdżki, powala go na ziemię, a następnie przytwierdza do niej.
– Rudolfie… Rudolfie, błagam… – szepcze Hunter. – Błagam cię, ja nie chciałem uciekać…
Mężczyzna w czarnej szacie zdejmuje swoją maskę, ukazującym tym samym podłużną czterdziestokilkuletnią twarz, naznaczoną bliznami i szramami.
Rudolf Lestrange zaczyna śmiać się głośno, by po chwili zamilknąć i zacząć zbliżać do Huntera. Każdy jego krok oznacza jedno podłużne przeciągniecie różdżką w powietrzu i jedną krwawiącą ranę na ciele Huntera.
Nim Rudolf kuca przy Hunterze, ciało mężczyzny pocięte jest w dziesięciu miejscach, a z każdej rany sączy się szkarłatna krew.
– Właśnie tak kończą zdrajcy…  Victorio… – Rudolf daje dłonią znak, a kobieta podchodzi do niego i zaczyna powoli rzucać czarnomagiczne klątwy.
Nie mija wiele czasu nim Hunter umiera, ale ostatnie chwile jego życia są przepełnione agonią, Victoria jest bezlitosna.
Gdy Rudolf i Victoria wychodzą, pozostali gromadzą się wokół nich. Rudolf najpierw podpala dom Mirandy, a następnie pozwala, by pożar zaczął pożerać inne domy. Zewsząd zaczynają docierać wrzaski bólu i cierpienia.
Newcastle płonie.
Rudolf uśmiecha się szeroko, a następnie wkłada maskę i kieruje różdżkę ku niebu.
– Morsmordre!
Jeszcze długo po zniknięciu Rudolfa i jego towarzyszy wioska płonie, a zimny wiatr wyje, nie pozwalając płomieniom zgasnąć. Gdy w końcu jednak udaje się ugasić pożar po zgliszczach Newcastle, po pobliskich miasteczkach, wioskach, lasach wiatr roznosi wiadomość. Słowa Rudolfa Lestrange’a docierają do uszu czarodziejów, mugoli, dzieci, charłaków, a każdy kto je usłyszy kuli się z bólu i strachu.
Nadchodzimy….
Wojna się jeszcze nie skończyła.