wtorek, 21 sierpnia 2018

Rozdział 45


Po trzech miesiącach w końcu jest, dla wszystkich, którzy czekali...


Ktokolwiek

Ludzie zmieniają się wraz z pogodą
~ The Chainsmokers, Drew Love – Somebody

Skarbem można nazwać wiele rzeczy. Jedni określają tak pieniądze, inni drogocennie klejnoty, a jeszcze inny mówią tak o zdobytej wiedzy.
Dla Draco jednak największym skarbem są przyjaciele i matka… Wiele można rzec o Draco, ale o swój skarb dbał najpiękniej jak potrafił. Pielęgnował swą przyjaźń, wkładał w nią swe serce, to jego zaangażowanie sprawiło, że w końcu mu się odwdzięczono…
Lecz teraz to wszystko odeszło…
Ciężko mi patrzeć na skulone ciało Draco. Młodzieniec siedzi na podłodze, a tuż obok niego, ciśnięty w kąt, leży zwinięty kawałek pergaminu – jego złamane serce.
Jak echo w jego głowie rozbrzmiewają napisane przez głównego uzdrowiciela słowa: Z przykrością zawiadamiam, że tej nocy odszedł Blaise Zabini…
Odszedł.
Umarł.
Jego już nie ma
Draco wiedział, że przez chwilę musi być silny. Zacisnął zęby, wziął głęboki oddech i wyszedł, by przekazać wiadomość reszcie… Pansy zemdlała wprost w ramiona Teodora. Nott trzymał ją, a twarz zanurzył w jej włosach, by łzy nie kapały na kanapę. Dafne zawyła głośno i rzuciła się z płaczem na szyję swojego chłopaka. Astoria pobiegła do swojego dormitorium, słyszał tylko trzask zamykanych drzwi … Nią Draco najmniej się przejmował… To wszystko jej wina…
Wyszedł i nie kontrolując tego, dokąd idzie, trafił do opuszczonej sali zaklęć… Znów to miejsce, znów te wspomnienia, ale teraz nie czuje już nadziei…
– Blaise – szepcze. – Kurwa, Zabini!
Wrzask Draco odbija się głucho od ścian, chłopak zrywa się na nogi i zaczyna przewracać wszystko na ziemię; łamie krzesło, przewraca stół, zrzuca świecie. A niczym mantrę powtarza imię swego przyjaciela…
Blaise Zabini był bliski Draco… Znali się od pierwszego dnia szkoły, jeśli nawet nie jeszcze wcześniej, razem się wygłupiali, przechodzili trudne momenty w życiu, razem po raz pierwszy napili się whisky wykradzionej z piwnic Lucjusza.  To Draco wiedział, że pierwszą dziewczyną, którą całował Blaise była śliczna niczym róża i słodka jak cukierek Maura, czarownica półkrwi, będąca córką jednego z niedoszłych mężów matki Blaise’a. To Blaise wiedział jako pierwszy, że Draco otrzymał znak i powierzone zostało mu zadanie… To Blaise’owi najpierw mówił o swych obawach i problemach.
Byli niczym bracia. Jeden stanął murem za drugim, a teraz… Teraz mur się skruszył, wypadła jedna cegiełka, a za nią runęły kolejne.
Teraz Blaise nie żyje.
– Cholera jasna!
Draco z siłą uderza pięścią o ścianę, by po chwili opaść na kolana z głośnym szlochem. Nie czuje swej dłoni, widzi za to załzawionymi oczyma krew cieknącą mu na spodnie i podłogę; jest jej tak wiele, wszędzie wokół jest czerwono…
Draco już nie wie, czy to na pewno krew z jego dłoni, a nie z pękniętego serca.
Opiera się o ścianę. Chciałby choć na chwilę wyłączyć i stłumić wspomnienia, które zaśmiecają jego myśli. Kto by pomyślał, że nagle zacznie przypominać sobie o kłótni, jaką miał z Blaisem z pierwszej klasie, albo o tym jak Blaise nabijał się z niego, gdy zachwycił się w czwartej klasie piękną nieznajomą, która potem okazała się Granger.
Za nimi tyle wspaniałych lat, a przed nimi miały być kolejne. Blaise miał zostać uzdrowicielem, Draco miał znaleźć pracę w Ministerstwie, mieli założyć rodziny…. Planowali razem wkroczyć w dorosłość i samodzielność, w końcu już zakończyła się wojna, po raz kolejny i ostateczny zwyciężono… Obiecali sobie, że będą się wspierać…
Draco zawiódł… Nie był przy Blaisie nawet w momencie, w którym odchodził z tego świata… Ale Blaise też zawiódł… Zostawił Draco, poddał się i przestał walczyć…
Młodzieniec trzęsie się, a po jego policzkach wciąż lecą łzy. Blaise nie powinien umierać, Blaise był dobry, to Draco powinna zabrać Śmierć… To na jego dłoniach widniała krew, to na jego duszy, ciążyły dusze innych…
Ale on został, a Blaise odszedł…
Na zawsze…
Ciepłe dłonie, tak znajome, dotykają włosów Draco. Wyrywa się z wręcz zwierzęcym warknięciem. Przyjemny dotyk odbierze mu te najmilsze chwile bólu. Draco chce cierpieć, nie powinno jej tu być, ona wszystko zepsuje…
– Coś ty sobie zrobił – szepcze ze łzami w oczach Hermiona. Nie potrafi patrzeć na zakrwawioną twarz i dłonie Draco, czym prędzej pragnie uleczyć jego rany i zadrapania, gdy wyciąga różdżkę, Draco niepokaleczoną ręką, zatrzymuje jej dłoń.
– Nie – mówi stanowczo. – Nie chcę.
– Ale, Draco – jąka się dziewczyna.
– Nie. – Draco mocno zaciska palce na nadgarstku Hermiony, tak, że z jej oczu płyną kolejne łzy.
– To boli – z trudem udaje jej się wydusić, ale Draco tylko mocniej wbija paznokcie w jej skórę.
– Nawet się z nim nie pożegnałem – mówi zdławionym głosem. – Zamiast być przy nim, siedziałem tu, zamknięty jak jakiś więzień, przesłuchiwany i odsunięty od informacji, a Blaise… Blaise wtedy umierał…
– Draco – łka Hermiona. – Draco, przepraszam, nic nie mogłam zrobić, nie pozwolili, ja…
Hermiona krzywi się z bólu, gdy Draco podciąga ją siłą do góry i popycha na ścianę. Dziewczyna uderza głową dokładnie w miejsce, gdzie wciąż lśni krew z dłoni Draco…
– Nie powiedziałaś nam, że planujecie akcje, nie uprzedziłaś nas… Gdybyśmy wiedzieli, może… Może byśmy się przygotowali, lepiej stawili czoła śmierciożercom…
Hermiona płacze, ma skrępowane dłonie, tak mocno, że czuje pulsującą w nadgarstkach krew, jeszcze chwila i Hermiona zacznie wrzeszczeć z bólu. Draco jednak nie przestaje trzymać jej rąk, jeszcze mocniej wbija swe paznokcie, tak, że po jej dłoniach zaczyna ściekać już lepka krew…
– Draco, to boli – szepcze z trudem.
– Blaise nie żyje… – Opiera swe czoło o czoło Hermiony i powtarza raz za razem te same słowa: – Blaise nie żyje…
– Tak bardzo mi przykro, Draco, ale błagam, przestań… To tak strasznie boli…
Chłopak unosi głowę i patrzy na Hermionę z góry. Tonie w jej oczach i w tej jednej chwili wszystko znika, ciepło i żal bijący z jej oczu studzi jego emocje, chciałby po prostu przytulić się do niej i zapłakać jak małe dziecko. Nie potrafi znieść myśli, że ona znów go uspokaja, teraz, gdy powinien być wściekły i rozgoryczony, uczucie do niej wszystko wycisza. 
– To twoja wina, twoja i Astorii… A mimo to nie umiem, nie umiem… – mówi zdesperowanym  głosem, a serce zamiera Hermionie w piersi.
– Draco, proszę?
Malfoy odsuwa się od Hermiony jakby z odrazą, spogląda na jej twarz, ciało, włosy, a potem wpatruje się w jej oczy, by odezwać się pustym i ostrym głosem.
– Nienawidzę cię, Granger, za to, że cię pokochałem…

***

10 kwietnia 1999
Za kilka godzin pożegnam swego przyjaciela, brata i powiernika… Za kilka godzin wraz z zamknięciem płyty nagrobnej, umrę ponownie.
Dziś brak mi słów.
Draco

– Draco… Czy możemy porozmawiać?
Chłopak podnosi głowę znad dziennika i spogląda wprost w zielone oczy Astorii. Jej zgrabne ciało opina długa, czarna suknia z koronkowymi rękawami, a na ramionach zawieszoną już ma czarną pelerynę; to jej strój żałobny.
– Nie mamy o czym rozmawiać, Astorio…
Astoria nie odsuwa się i twardo wpatruje się w chłopaka.
– O Blaisie, uratował mi życie…
– A za to przypłacił swoim… – szepcze cicho Draco.
Wiele godzin powtarzał w myślach słowa, którymi pragnie uraczyć Astorię, gdy jednak nadchodzi okazja, rezygnuje z nich… Dziewczyna jest delikatna niczym kwiat, słodka jak miód i nieskalana… Draco wie, że na jej duszy pozostała wielka rana, która możliwe że nigdy do końca się nie zasklepi. Mimo że miliony ostrych niczym odłamki szkła słów cisną mu się na usta, mówi zaledwie kilka… Które i tak ranią dobitnie…
– Poświęciłaś Blaise’a… Bałaś się, byłaś zdezorientowana, a jednak nie potrafię zrozumieć jak mogłaś uciec. Ślizgon zawsze staje za Ślizgonem, ty jednak poświęciłaś swojego brata krwi… Zachowałaś się jak największy tchórz... Początkowo cię winiłem, Blaise nie żyje, a ty możesz cieszyć się słońcem dnia… Teraz jednak rozumiem, jesteś jeszcze zbyt młoda i zbyt naiwna by rozumieć wszystko… Nie walczyłaś w wojnie, nie wiesz jak to jest…
– Draco, nie jestem głupią dziewczynką – szepcze Astoria z łzami w oczach. – Rozumiem, co zrobiłam, wiem… Wszystko wiem…
– Ale i tak uciekłaś…
Draco wygina usta w dziwnym uśmiechu. Zabawne, że właśnie w takiej chwili gości on na jego ustach. Draco właśnie żegna się z Astorią na bardzo długi czas…
– Jesteś wspaniała; czuła, kochana… Chwilami czułem, że mogę cię pokochać, ale teraz wiem, że… Że to nie jest możliwe, jesteś zbyt krucha i delikatna dla mnie…
– Ja cię kocham – szlocha. Dłońmi ociera łzy, ale te wciąż płyną po jej rumianych policzkach. – Tak mocno cię kocham, proszę…
– Może któregoś dnia… Ale nie dziś i nie jutro… Nie potrafię dać ci też przyjaźni, nie po tym wszystkim…
Głos Draco również się łamie. Patrzy na Astorię szeroko otwartymi oczami, jakby nie wierząc, że ta chwila naprawdę nadeszła. To, to jest ostateczne pożegnanie… Dziś zamyka do końca jeden rozdział, może kiedyś do niego powróci, ale czuje, że nie nastąpi to szybko… Ja wiem, że minie sporo czasu, aż znów staną się sobie przyjaciółmi…
– To koniec, Astorio, proszę, nie odzywaj się do mnie… Ja nie będę odzywać się do ciebie… Od dziś traktujmy się niczym powietrze…
– Ale, Draco… Ty jesteś moim powietrzem… Jesteś wszystkim, kocham cię, naprawdę cię kocham, nie rób mi tego, błagam…
W oczach Draco lśnią łzy.
– Ja kochałem Blaise’a… Nie umiem wybaczyć ci tego, że uciekłaś… Gdybyś została…
Chłopak ociera łzy.
– To już nieistotne. To koniec, Astorio…
Draco ujmuje zimne i mokre od łez dłonie Astorii, całuje je, a następnie składa czuły pocałunek na czole swojej przyjaciółki, kochanki…
– Do widzenia…
Draco odchodzi w przeciwnym kierunku, słyszy za sobą niemal histeryczny płacz Ślizgonki, ale nie odwraca się nawet na chwilę, teraz nie umie patrzeć dziewczynie w oczy… Za jedną z kolumn chłopak dostrzega siostrę Astorii. Dafne opiera się czołem o zimną ścianę; i ona ubrana jest już w długą żałobną suknię…
– Przepraszam, Dafne…
Panna Greengrass kiwa głową.
– Ty z nas wszystkich najbardziej kochałeś Blaise’a. – Otula się ramionami i rusza w kierunku siostry, zatrzymuje się jednak przed wejściem do Pokoju Wspólnego: – Z czasem spróbuj jej wybaczyć, a jeśli nie wybaczyć, to chociaż pozwól jej na to, by była blisko… Nie sądziłam, że Astoria pokocha kogoś tak mocno…
– Spróbuję, Dafne.
Na ustach dziewczyny pojawia się lekki uśmiech i trwa dalej, nawet w momencie, gdy obejmuje ciasno ramionami siostrę. Draco nigdy nie zawodzi.

***

Draco stoi odziany w czerń najdalej od wszystkich… Miejsce, które powinien zająć, jest puste. Ukrył się pod drzewem, samotną wierzbą, której gałązki kołysane przez wiatr niczym macki wiją się po jego skórze… A on i tak stoi w jednym miejscu, nieruchomy niczym głaz rzucony przez morze na wybrzeże…
Draco stoi i patrzy; podziwia. Blaise Zabini był dobrym chłopakiem, Ślizgonem, którego lubiły tłumy… W pierwszych rzędach siedzą najbliżsi; Pansy ubrała się w matową czarną suknię, przeplataną srebrnymi nićmi, we włosy wpięła spinkę ze srebrnym wężem, którego oczy wysadzono szmaragdami. Ślizgonka żegna Ślizgona. Teodor założył czarną szatę, ale jego dłoń zdobi wielki rodowy klejnot z wężem, a spod peleryny wystają spinki od mankietów również kształtem przypominające węże. Ślizgon żegna Ślizgona.
Wszyscy ubrani są od stóp do głów na czarno, ale każdego wyróżnia, choć jeden srebrny, bądź zielony dodatek… Nawet Hermiona, chcąc oddać Blaise’owi cześć przepasała włosy zieloną wstążką.
Najbardziej jednak wzrok Draco przyciągają Luna i Ginny… Jedna ukochana Blaise’a, druga to ta, która miłość mu podarowała… Ginny nie wyróżnia się niczym… Stoi sztywno, nawet nie płacze, jakby Blaise był jej zupełnie obojętny… Luna zaś…
Luna kochała Blaise’a i widać to na pierwszy rzut oka. Jej twarz zakrywa czarny, jakby utkany z pajęczyny welon, a dłonie i włosy zdobią setki małych ozdóbek; drobne węże wiją się po włosach i rękach Luny niczym żywe stworzenia. Luna wygląda jak wdowa opłakująca śmierć swego męża, kochanka i przyjaciela.
Zaczyna wiać silny wiatr, a Draco unosi w tej chwili oczy ku niebu. Czarne chmury wiszą nad cmentarzem. Mija sekunda dłuższa niż uderzenia serca.
Draco zamyka oczy.
Pierwsza kropla deszczu opada na przymknięte powieki chłopaka.
– Żegnamy cię, Blaisie Zabini…
Płyta nagrobna zostaje zatrzaśnięta, a wówczas zaczyna padać rzęsisty deszcz, czarodzieje wypuszczają ze swych różdżek czerwone światła, jednak zostają one przyćmione przez blask błyskawic, szloch obecnych na cmentarzu ludzi, zostaje zagłuszony przez grzmoty.
Żegnaj, Blaisie Zabini, dla ciebie już nigdy nie wzejdzie słońce.

***

– Ginny! – wrzask Luny przedziera się przez odgłosy burzy. Jej długa suknia jest już cała zachlapana przez błoto, pogoda zmieniła się drastycznie, jakby niebo płakało za tym młodym czarodziejem, który został pogrzebany…
Ginny, która trzymała się ramienia Hermiony, powoli je puszcza. Odwraca się w kierunku idącej ku niej przyjaciółki.
Nim Ginny zdąży się odezwać, zostaje spoliczkowana przez Lunę, mija sekunda nim dociera do niej, że przed nią stoi gotowa na pojedynek Krukonka.
– Co ty sobie wyobrażasz?! – krzyczy zaskoczona Ginny i łapie się kurczowo za bolące miejsce. – Postradałaś zmysły, głupia Pomyluno?!
Hermiona jest zbyt zdziwiona by zareagować, w tej właśnie chwili Luna rzuca pierwsze zaklęcie.
– Merlinie, nie! Luna, co ty wyrabiasz?! – Hermiona pragnie rzucić się na pomoc Ginny, ale zostaje odepchnięta przez urok Luny.
Luna wygląda niczym mroczna pani, która przybywa by zadać ból tym, którzy zasłużyli na cierpienie. Jej czarny welon wieje na wietrze, a jej suknia, choć ubrudzona, dodaje jej majestatu i potęgi.
– Kochałam Blaise’a najmocniej na świecie, oddałam go tobie, tobie… – Słowa Luny są ledwie zrozumiałe. – Kochałam go, a on nie żyje… Gdybyś go nie odrzuciła… Gdybyś była wtedy z nim…
– Luno, uspokój się… – Ginny wrzeszczy, a zaklęcie krępuje jej ciało.
– Blaise odszedł i to wszystko twoja wina…
Luna pada na kolana wprost w błoto, różdżka wypada z jej dłoni i to tę chwile wykorzystuje Hermiona by podbiec do niej i unieszkodliwić przyjaciółkę.
– Twoja wina, Ginny, i twoja Hermiono… Nie chcę was znać…
– Luno… – Hermiona stara się objąć dziewczynę, ale ta odsuwa się od niej i wpada wprost w ramiona pana Weasleya.
– Nie chcę was znać, po prostu odejdźcie stąd….
Pan Weasley przybiegł jak najszybciej, gdy tylko usłyszał krzyki i hałasy. Teraz wyprowadza Lunę za ramię, niemal ciągnąć ją za sobą…
– Merlinie… – szepcze Hermiona. – Słodki Merlinie…
Ginny również zaczyna szlochać. Teraz rozumie, co tyle razy próbowały powiedzieć jej Luna i Hermiona… W końcu wie, jak straszną osobą była… Widziała tylko siebie, myślała tylko o sobie i o Harrym, podczas gdy Blaise myślał tylko o niej… A Luna kochała tylko jego…
– Godryku… – płacze cicho Ginny. – Zniszczyłam Lunie życie, a Blaise…. Odszedł nim zaznał miłości…
Hermiona zagryza wargę, mocno przytulając do siebie przyjaciółkę. Przełyka łzy goryczy. Żałuje, nie jest w stanie zaprzeczyć słowom Ginny.

***

Gdy burza milknie, a wiatr zaczyna nucić swoją ostatnią pieśń, Draco powoli podchodzi do czarnego, matowego nagrobka. Cmentarz oświetlają liczne latarnie, a także blask powoli zachodzącego słońca… Blaise powiedziałby, że to naprawdę piękny moment na pożegnanie. Chłopak miał w sobie coś z romantyka, na samą myśl o tym Draco uśmiecha się lekko. Nigdy nie zapomni jak przyłapał go na próbie tworzenia wiersza miłosnego… Ze zdenerwowania Blaise aż wylał cały atrament z kałamarza na swoje nowiutkie spodnie… Najśmieszniejsze było to, że wtedy nie znali jeszcze zaklęcia, które by taką plamę szybko wyczyściło, dlatego spodnie nadawały się do wyrzucenia…
– Będzie mi ciebie brakować, przyjacielu… – szepcze łamliwym głosem Draco. – Nie dam sobie bez ciebie rady…
Draco zaciska dłonie w pięści i bierze głębokie wdechy. Rześkie powietrze powoli przenika całe jego ciało i studzi emocje. Chłopak już zawsze będzie czuć pustkę. Jakaś część jego serca została właśnie pogrzebana, a jedyną pamiątką po niej jest smutny nagrobek i blaknące wspomnienia…
– Nie chcę cię zapomnieć… Tak bardzo nie chcę o tobie zapomnieć.
Łzy nie są oznaką słabości, powtarza sobie Draco. Łzy, które właśnie płyną po jego policzkach to oznaka miłości, oddania, braterstwa… To on powinien zginąć; za błędy, które popełnił i grzechy, których się dopuścił… A Blaise powinien szaleć, bawić się, zakochiwać i rozkochiwać.
Smętna mgła zaczyna powoli spowijać cmentarz, ale Draco nie ma zamiaru stąd odejść. Zamiast tego składa ręce niczym do modlitwy; choć nie zna Boga, jego słowa brzmią jak pacierz.
– Gdziekolwiek teraz jest Blaise, błagam, niech ktoś nad nim czuwa, niech chroni go, bo ja nie byłem w stanie…
Słowa Draco, zapłakane i zamazane porywa wiatr, a w tym właśnie momencie ostatnie promienie słońca znikają za horyzontem. Jego błaganie zostanie wysłuchane. Blaise już nigdy nie zazna bólu ani cierpienia…
– Draco?
Delikatny szept sprawia, że po plecach młodego mężczyzny przechodzą dreszcze. Drżąc, odwraca się i staje twarzą w twarz ze swoją matką.
Narcyza Malfoy wygląda pięknie i dostojnie, choć jej oczy są smutne i załzawione. Ona też kocha Blaise’a.
Wyciąga dłoń w kierunku syna i dotyka jego policzka.
– Mój synku…
Pierwszy raz od dawna kobieta bierze swe dziecko w objęcia. Przytula Draco mocno i ciasno, jakby nie widzieli się od lat, jakby teraz ostatni raz miała okazję go dotknąć. Jej kochany syn szlocha w jej ramionach, a ona głaszcze go po włosach tak jak nigdy tego nie robiła.
– Już dobrze, Draco, nie jesteś już sam…
– Matko, tak bardzo… – Słowa grzęzną mu w gardle, gdy ujmuje jej dłonie w swoje i całuje.
– To dzięki tobie, Draco, dzięki tobie udało mi się wygrać tę walkę. Wiedziałam, że już nie mogę cię zostawić.
Draco przymyka oczy, nie wierząc, że znów są razem. Czuje znajomy zapach, ciepłą skórę swej matki, wciąż delikatną, mimo jej wieku. Draco dziękuje Merlinowi za to, że zwrócił mu Narcyzę.
– Zawdzięczam ci życie, synu. Tobie i pannie Granger. Takiego długu nigdy nie spłacę, ale nie mogłam pozwolić, by wasza walka poszła na marne. Nie mogłam tak po prostu dać się zabić.
Nagle podniosłą ciszę, która panuje między matką a synem przerywa trzask łamanej gałęzi i odgłosy kroków. Draco odsuwa się od matki i zasłania ją całym ciałem.
 – Kto to? Matko, schowaj się, to na pewno śmierciożercy! – wrzeszczy Draco. Gotów jest do walki, w dłoni trzyma już różdżkę i mimo że wciąż jest roztrzęsiony, a po jego policzkach wciąż płyną samotne łzy, jest w stanie oddać życie, byle nie skrzywdzono Narcyzy.
– Spokojnie, Draco… – Narcyza kładzie swą dłoń na ramieniu syna, a na jej ustach pojawia się drobny uśmiech. Dziecinny i delikatny, nigdy takiego u niej nie widział.
Z jednej z alejek wyłaniają się dwie postacie. Kobieta równie piękna co Narcyza, lecz nieco starsza, a tuż obok niej idzie mały chłopiec. Oboje ubrani są w odświętne, w czarne szaty, które poruszają się lekko z każdym ich krokiem.
– Matko? – pyta Draco, marszcząc brwi. – Kim oni są?
– Draco, poznaj swoją ciotkę Andromedę, moją starszą siostrę, a także jej wnuczka Teddy’ego.
Draco początkowo stoi sztywno, gdy ciotka obejmuje go równie mocno, co matka, lecz zaraz odwzajemnia uścisk. W obliczu tragedii rodzi się piękna więź rodzinna.
Blaise byłby bardzo dumny ze swego przyjaciela.

***

W świętym Mungu jest cicho. Biały korytarz spowija aura spokoju, choć tłoczy się na nim spora grupa osób: każdy drżąc na całym ciele czeka na moment, w którym drzwi sali otworzą się, a zza nich wychyli się uzdrowiciel i zaprosi wszystkich do środka.
Ginny wciąż ma podkrążone oczy i zmiętą koszulkę, przesiedziała na tym holu całą noc, ale gotowa jest stawić czoła temu, co kryje się za ścianą. Wie, że tam wciąż znajduje się jej chłopak, miłość jej życia, Harry, który zawsze był jej wierny.
Dziewczyna znów zaczyna cicho popłakiwać, lecz za rękę od razu łapie ją Hermiona.
– Wejdziemy tam razem, wszystko będzie dobrze.
– Wiem – szepcze cicho Ginny. – Wiem.
Drzwi sali szpitalnej otwierają się. Hermiona i wszyscy Weasleyowie momentalnie zamierają.
– Obudzili się – zaczyna uzdrowiciel. – Niestety, nie mogę pozwolić żebyście weszli wszyscy… Najlepiej będzie, jeśli odwiedzą ich najważniejsze dla nich osoby…
Hermiona zagryza wargę, bo czuje na swoim ramieniu dłoń Molly.
– Idź, Hermionko, zawsze byłaś ważna dla Rona.
Hermiona uśmiecha się z wymuszeniem.
– Dobrze, pani Weasley.
Droga w kierunku drzwi wydaje się dla Hermiony wiecznością. Krok za krokiem aż w końcu staje w progu… Jej serce zaczyna uderzać gwałtowniej, a w oczach wzbierają się łzy. Ron i Harry wyglądają tak mizernie… Ich ręce i twarze są posiniaczone, skóra szarawa, a oczy pozbawione blasku.
– Bardzo ciężko było wyrwać ich spod działania klątwy – mówi smutnym głosem uzdrowiciel. – W pewnej chwili prawie ich straciliśmy.
Ginny wybucha szlochem i pada na kolana tuż obok łóżka Harry’ego. Chłopak najpierw uśmiecha się delikatnie do Hermiony, a potem wyciąga dłoń by dotknąć policzka swojej dziewczyny.
Hermiona zaś stoi w miejscu. Czuje na sobie spojrzenie Rona i w końcu zbiera się na odwagę by podejść i usiąść na krześle przy nim.
– Kocham… – Głos Rona jest prawie niedosłyszalny. – Kocham cię…
Hermiona kręci głową i zaczyna płakać, kryjąc twarz w dłoniach. Ron nie pamięta co działo się przez ostatnie miesiące, nie wie ile bólu zadał Hermionie, nie wie co zrobił, jakie zbrodnie popełnił… Ron nie wie, że miłość Hermiony już wygasła…Bo wygasła, prawda?
Nagle Hermiona czuje na swojej dłoni drugą dłoń; bardzo szorstką, męską…
– Nie, Ron, nie… – szepcze Hermiona, widząc ile bólu sprawia chłopakowi ten drobny wysiłek.
Bez wahania Hermiona wstaje z krzesła, siada na krawędzi łóżka i ujmuje w obie dłonie dłoń Rona. Uśmiecha się przez łzy. Twarz chłopaka jest tak łagodna jak niegdyś, a oczy tak ciepłe i kochające jak wcześniej.
Wrócił jej stary Ron… Tylko, że ona nie jest już starą Hermioną…
– Kochasz mnie? – szepcze z trudem Ron.
Hermiona głaszcze jego dłoń i delikatnie unosi kąciki ust.
– Oczywiście, Ron.

***

Prorok Wieczorny
Dziś, dnia 13 kwietnia 1999 roku o godzinie 18.00 w Sali Głównej Wizengamotu odbyła się egzekucja.(…) Na pocałunek Dementora doprowadzono trzydziestu pięciu skazanych, winnych zbrodniom przeciwko mugolom, czarodziejom i całej społeczności magicznej. (…)
Na egzekucji obecne były takie osobistości jak Hermiona Granger czy Ginewra Weasley(…).
Czarodzieje! To koniec! Śmierciożercy zostali pokonani na dobre!
Matt Stock

Koniec części trzeciej