niedziela, 13 maja 2018

Rozdział 44

Witajcie, kochani!
Wiem, że trochę namieszałam z datą publikacji, ale szczerze mówiąc nie potrafiłam skończyć tego rozdziału. Był bardzo trudny i niekiedy ciężko mi się go pisało. Ostatecznie jednak jest z niego bardzo zadowolona. Wydaje mi się, że jego długość nieco wynagrodzi Wam czas oczekiwania... Przedstawiam Wam najdłuższy rozdział w historii Wschodu słońca... Mający aż 25 stron! Nawet nie wiem, kiedy stał się takim tasiemcem...
Nie ukrywam, że liczę na Wasze komentarze. jedno słowo, emotkę, cokolwiek, żebym wiedziała, że to przeczytaliście. To bardzo wiele dla mnie znaczy. A po przeczytaniu tego rozdziału - wierzcie mi - będziecie mieć, co komentować... 
Nie przedłużam już, dziękuję wszystkim, którzy tutaj są i czekam na Wasze opinie. 
Całuję, 
Charlotte

***


Utracona młodość

Nie możesz odebrać mi młodości
Mój duch nigdy się nie złamie
Jeśli tylko dziś się obudzę
~ Shawn Mendes feat. Khalid – Youth

Draco nie wie już, w co ma wierzyć… Nadzieja, która wydawać by się mogło, trzyma go przy zdrowych zmysłach, po prostu znika. Draco zaczyna pogrążać się w mroku…
W Pokoju Wspólnym panuje cisza. Na kanapach, krzesłach, a nawet dywanach przy kominku śpią uczniowie, nikt nie ośmielił się wyjść z pomieszczenia i udać się do swojego dormitorium. Ślizgonów charakteryzuje braterstwo, jeśli jeden tutaj został, zostali wszyscy…
Najmocniej boli Draco spoglądanie na pogrążone we śnie twarze pierwszo- i drugorocznych… Przecież to tylko dzieci, nie wiedzą, czemu zostali tu zamknięci… Większości z nich wojna nawet nie dotknęła, bo ich rodzice byli na tyle sprytni, by powysyłać ich do zagranicznych krewnych… Tak bardzo żal mu na nich patrzeć… Są tutaj tylko, dlatego że Tiara przydzieliła ich do złego domu…
Poprawia się lekko, Pansy usnęła z głową na jego kolanach i choć jest mu niezwykle niewygodnie, nie ma serca jej budzić. Przepłakała całą noc, niech prześpi się, chociaż te kilka godzin… Wkrótce wybije siódma rano, może wówczas ktokolwiek poinformuje ich o sytuacji. Na razie są odcięci od informacji, a na lochy rzekomo nałożone zaklęcia, które utrudniają różdżkom Ślizgonów działanie…  Jak zwykle to oni są tymi złymi… Jak zwykle to oni zawinili…
Niespodziewanie drzwi do Pokoju Wspólnego się otwierają, a przez nie wchodzi kilkoro uczniów. Draco dostrzega wśród nich Teodora i momentalnie wzdycha z ulgą. Kiwa lekko dłonią w kierunku chłopaka, a gdy przyjaciel go zauważa, od razu kieruje się w jego stronę.
– Myśleliśmy… – szepcze Draco, a jego głos się łamie. – Myśleliśmy, że nie żyjesz.
Teodor kreci głową ze zmęczeniem i siada z cichym jękiem bólu na podłodze tuż przy Draco. Przyjaciel dopiero zauważa, że Teo ma na sobie zakrwawioną koszulę, spod której wystaje bandaż. Momentalnie zaciska szczękę, ktokolwiek zranił Teodora, zostanie za to surowo ukarany. Już on postara się o ty, by ta osoba za to zapłaciła.
– Nic mi nie jest… – mówi Teodor, widząc wzrok Draco. – To tylko kilka nacięć, ale poza tym wszystko w porządku…
Draco kiwa głową, choć przecież nic nie jest w porządku… Siedzą tu jak więźniowie, zamknięci w lochach i czekający na egzekucję. Nie tak to wszystko powinno wyglądać. Cokolwiek dzieje się teraz na górze, oni powinni mieć w tym czynny udział. Co z tego, że kiedyś wybrali źle, teraz są gotowi zawalczyć o swoją przyszłość. Draco wie, że byłby w stanie walczyć przeciwko Śmierciożercom. Co z tego, że jego ramię zdobi szpetny tatuaż, gotów jest właśnie za niego walczyć po stronie dobra. Pragnie wymazać swe grzechy…
– Co tam się dzieje, Teo? – pyta najciszej jak potrafi.
Twarz chłopaka tężeje. W Pokoju Wspólnym jest tak cicho, tak spokojnie… Na zewnątrz zaś panuje chaos. Nawet nie wie, kto go znalazł i doprowadził do Skrzydła Szpitalnego. Czuje jednak, że miała w tym swój udział Hermiona, bo gdy tuż po zabiegu, wciąż zamroczony lekami, obudził się: dostrzegł ją, rozmawiającą z panią Pomfrey. Była brudna, ale cała i zdrowa. Niewiele pamięta z tego, co działo się potem, bo znów lekarstwa zaczęły działać i usnął. Został obudzony zaledwie godzinę temu i od razu po stwierdzeniu, że wszystko z nim dobrze, eskortowano go do Pokoju Wspólnego…
Droga, jaką pokonał ze Skrzydła była straszna…
– Zapytałem się, jak wygląda sytuacja… Wioska została zniszczona całkowicie, większość mieszkańców podobno zginęła w walce. Jeśli chodzi o uczniów to wielu jest rannych, ale rzekomo nikt nie umarł. Nie mogłem rozejrzeć się po Skrzydle, bo od razu mnie zabrali, ale jestem pewien, że widziałem tam Astorię. Leżała dwa łóżka dalej i… Wyglądała koszmarnie. Jej ręka wyglądała jakby została zmiażdżona!
Draco drgnął lekko i kiwnął głową.
– Musiała przygnieść ją ściana. Blaise stanął w jej obronie, Pansy i ja biegliśmy do niech, ale wtedy zawalił się jeden z budynków…
Teodor potwierdził, niezbyt zadowolony z odpowiedzi. Zrobiło mu się żal Astorii, nawet jeśli medykom uda się uratować dłoń dziewczyny, to na zawsze pozostanie tam już długa, szpecącą ciało Astorii blizna.
– A co z Rogerem i Blaise’em? Są w skrzydle?
– Myślałem, że są tutaj… – szepcze Teodor. – W Skrzydle Szpitalnym ich nie ma…
Draco blednie. Gdziekolwiek jest teraz jego przyjaciel, Draco czuje, że dzieje się coś niedobrego. Zna Blaise’a od dziecka, tak jak Teodora, wie, że przeczucia, które miewa zawsze zwiastują coś złego… Merlinie, błaga w myślach Draco, chroń Zabiniego….
– Blaise był ranny… Daisy Selwyn rzuciła na niego naprawdę silną Sectumsemprę, a Astoria go zostawiła samego, jeśli… Jeśli coś mu się stało, to ja nie wiem, ja… – Draco miota się. Nie wie, co ma powiedzieć, wszystkie przyjazne uczucia, które odczuwa wobec Astorii znikają wraz z myślą, że Blaise przez nią mógł stracić życie.
Teodor kiwa głową. On czuje podobnie… W oczach wzbierają mu łzy, ale mocno mruga, byle tylko się ich pozbyć. Zaczyna żałować, że nie posłuchał siostry i nie udał się do Francji… Chciałby tam być i mieć pewność, że Lilianie i dzieciom nic się nie stanie. Wie, że w razie czego André ich obroni, ale czy to wystarczy?
– A co z Hermioną? Czy ona…?
Głos Draco wyrywa Teodora z zadumy. Przytakuje, widząc jak bardzo niecierpliwi się Draco, nie dostając odpowiedzi.
– Mijałem ja na korytarzu, gdy tutaj szedłem. Jest cała i zdrowa, podejrzewam nawet, że to ona mnie uratowała…
– Dlaczego nie przyjdzie tutaj i nas nie poinformuje o tym, co się dzieje?! – warczy wściekły Draco, a Pansy lekko rusza się na jego kolanach. Chłopak momentalnie zaczyna głaskać ją po głowie, niech odpoczywa.
– Hermiona jest ostatnią bohaterką, za którą mogą podążać ludzie… Potter i Weasley zawiedli, Hermiona nie może tego zrobić. Zapewne jest na samej górze czarodziejów, którzy dowodzą Zakonem, pewnie szykują się na misję…
Te słowa wcale nie uspokajają Draco. Warzyć się będą losy całego świata, a on siedzi w zamknięciu… Jeśli Hermiona zginie w czasie jednej z bitew, to Draco nie wie, co zrobi… Ona jest dla niego wszystkim. Zbyt długo musiał to sobie uświadamiać, a teraz, gdy wie już jak mocno ją kocha, ona jest niemalże bliska śmierci… Kto wie, czy wyjdzie cało z tej walki?
– Zakon wiedział o tym ataku – kontynuuje Teodor. – Wiedział, że wioska jest celem, dlatego zabroniono pierwszemu, drugiemu i trzeciemu rocznikowi wyjście… A mimo to rzucili nas tam jak jakieś ścierwo na pożarcie śmierciożercom!
– Mieliśmy być wabikiem – szepcze Draco. Całą noc analizował, dlaczego Zakon zgodził się na coś takiego… To jasne, że nie oni wymyślili ten plan. Przystali tylko na to, co zarządziło Ministerstwo.
– Mieliśmy – przytakuje Teo, a potem dodaje z kpiną: – Przeliczyli się tylko, bo nie wiedzieli, że śmierciożerców będzie tak wielu! Gdyby chcieli nas posłuchać, gdyby pozwolili nam jakoś się zaangażować… Może gdyby wstawiła się za nami Hermiona, Lovegood i Weasleyówna, to coś by to dało…
Draco śmieje się niemalże histerycznie.
– Hermiona nawet nie zaproponowała nam udziału w tym wszystkim…
Dociera do niego, co powiedział i nagle zaczyna odczuwać nieprzyjemny ból w okolicach serca. Tak bardzo zawiódł się na Hermionie.

***

Hermiona opiera głowę o chłodną ścianę i na chwilę przymyka oczy. Jest zbyt zmęczona, by działać, ale wie, że musi zebrać wszystkie siły, bo jej obowiązkiem jest uczestniczenie w przesłuchaniu Daisy Selwyn, Madelaine Rookwod i Sebastiana Jugsona. Dzieci wojny, o których zapomniano… Jakim prawem dopuszczono do tego, by dzieci śmierciożerców zdobyły taką władzę? Dlaczego Ministerstwo pozwoliło im wieść sielankowe życie i nie sprawdzało ich systematycznie? Może gdyby odpowiednio ich monitorowano, nie byłoby teraz tak wielkiego problemu…
– Hermiono?
Gryfonka słyszy wołanie dyrektor McGonagall. Odsuwa się i bierze głęboki oddech. Wręcz wymusiła na Kingsleyu pozwolenie na uczestniczenie w przesłuchaniu. Minister zgodził się na to, choć przeciwny był Robards… Dzięki Merlinowi, Shacklebolt nie posłuchał szefa Biura Aurorów, chyba dotarło do niego, że Robards nie jest czarodziejem, którego rad warto słuchać… Szkoda tylko, że Kingsley zrozumiał to wtedy, gdy śmierć poniosło tylu czarodziejów.. I zapewne jeszcze poniesie…
Hermiona spogląda na zegarek. Za pięć minut wybije dziesiąta. Równo o tej godzinie do domów wszystkich podejrzanych o śmierciożerstwo rodzin wtargną aurorzy. Przeszukają domy, przepytają mieszkańców, głównych podejrzanych zabiorą do Ministerstwa na przesłuchanie przy użyciu eliksiru prawdy…
Hermiona czuje łzy zbierające się pod jej powiekami… Znów nastały mroczne czasy, dlaczego zapamięta swoje młodzieńcze lata w tak ciemnych barwach?
– Hermiono… – ponagla dyrektorka i dziewczyna w końcu rusza za nią.
Wchodzą do jednego z pomieszczeń, znajdującego się na niższej kondygnacji niż Pokoje Wspólne Hufflepuffu czy Slytherinu. Na krześle pod ścianą, w odpowiedniej odległości od drzwi, siedzi Sebastian Jugson… A więc to od niego zaczynamy, myśli Hermiona i pozwala, aby auror zamknął za nimi drzwi. Na drżących nogach Hermiona podchodzi do Kingsleya i stojących obok niego dwóch aurorów. Dziwi ją fakt, że Robards nie uczestniczy w przesłuchaniu. Musiał się zdenerwować tym, że powoli traci władzę nad Ministrem…
– Szlama… – syczy Sebastian. – Przyprowadziliście tutaj… szlamę?!
Hermiona przymyka oczy, słysząc przykre określenie. Chce coś powiedzieć, ale to jeden z aurorów, nie pamięta jego imienia, zabiera głos.
– Powinieneś się cieszyć, że sama Hermiona Granger zaszczyciła cię swoją obecnością, w tych ostatnich chwilach…
Ostatnich chwilach, zastanawia się Hermiona i po chwili zaczyna rozumieć… Wydobędą z niego informacje i od razu skażą na śmierć. Zaciska wściekła dłonie… Bez wyroku, bez orzeczenia sądu, bez świadków… Po prostu zostanie zabity, a po wszystkim powiedzą, że zginął w Bitwie o Hogsmeade.
– Jak czujesz się z tym, że twoi przyjaciele są w naszych rękach? – drwi z Hermiony Sebastian. – A wiesz, że jego dziewczyna to tak naprawdę śmierciożerczyni? Ciekawe czy już go zabiła, a może postanowiła się z nim znów zabawić, Potter był w jej guście…
Hermiona nie odzywa się ani słowem. Zagryza tylko wargę i próbuje nie myśleć o tym, co mogą zrobić Harry’emu i Ronowi. Czy Zakonowi uda się zdążyć? Czy może odnajdą tylko ich ciała? Chce jej się płakać, krzyczeć, ale nie pozwala sobie na to. Zamiast tego stoi z dumnie uniesioną głową, a w jej oczach nie widać nic, przecież wie, że Sebastian uważnie jej się przygląda.
– Podajcie mu Veritaserum – zarządza Kingsley.
Jeden z aurorów wyciąga lśniącą fiolkę z eliksirem, a drugi przytrzymuje Sebastiana. Mężczyźni siłą wlewają mu do gardła eliksir, który za chwilę powinien zacząć działaś. Śmierciożerca otrzymuje niezwykle silną dawkę, nic nie może pójść źle, a jednak… Gdy Kingsley zadaje mu pierwsze, sprawdzające pytanie, ten milczy:
– Kim są twoi rodzice i jak się nazywasz?
Głucha cisza niemal dobija Hermionę, oczywiście. Tym razem śmierciożercy byli sprytniejsi… Czuje jak wzbiera w niej gniew i wściekłość, nigdy nie uda im się wyciągnąć z niego prawdy.
– Zażył antidotum – stwierdza sucho Minerwa, gdy po kolejnych minutach Sebastian wciąż milczy. – Któż wam uwarzył przeciwdziałający eliksir?!
Dyrektorka jest zdumiona, a Sebastian zaczyna się szeroko uśmiechać.
– Lestrange może nie dorównuje w warzeniu eliksirów Snape’owi, ale jest nich niezwykle dobry.
Kingsley odwraca się w stronę Minerwy i mówi jej do ucha parę słów, przez chwilę szepczą między sobą zawzięcie, aż w końcu Minister odwraca się w kierunku Hermiony i aurorów.
– Niech ktoś przyprowadzi Slughorna, skorzystamy z legilimencji…
Hermiona momentalnie ożywa.
– Stanowczo się z tym nie zgadzam! Profesor musi zająć się warzeniem lekarstw, skończyły nam się zapasy eliksirów, wielu uczniów nie może czekać na przybycie medyków, a te eliksiry są im potrzebne do tego, by mogli przeżyć!
– Potrzebny nam mistrz oklumencji, a Horacy jest jedyną osobą, która doskonale włada legilimencją, jest tu niezbędny!
– Ja mogę to zrobić – odpowiada cicho Hermiona. – Ja mogę wtargnąć do jego umysłu…
Mimo że po plecach Hermiony przebiegają dreszcze, nie może się teraz wycofać.  Jest przerażona, bo nie jest mistrzynią, dawno nie korzystała z tej dziedziny magii… Boi się, że coś pójdzie nie tak i utknie pośród wspomnień Sebastiana Jugsona, wie jednak, że musi to zrobić. Profesor potrzebny jest tam, na górze, w Skrzydle Szpitalnym, gdzie wielu jej przyjaciół walczy o normalne życie, bez blizn i ran, bez bólu…
– Ja to zrobię. Uczyłam się legilimencji, dam radę…
– To nie jest zabawa, Hermiono… – mówi cicho McGonagall.
– Wiem, do cholery, ale nikt inny tego nie zrobi!
Wszyscy są zaskoczeni jej nagłym wybuchem. Ona również jest zdziwiona tym, że pozwoliła, by emocje nią zawładnęły. Zmęczenie, strach i smutek dały o sobie znać, jednak wie, że nie może się teraz wycofać. Ma przed oczyma uśmiechnięte twarze Harry’ego i Rona… Dla nich wytrwa wszystko. Teraz wie, że jej przyjaciele nie odwrócili się od niej, że zawsze byli dla niej kochani, że to magia ich zniewoliła… Ma też cichą nadzieję na to, ze Ron nie zdradziłby jej… Że za to też odpowiedzialna jest czarna magia…
– Wyjdźcie, proszę…
Nikt nie protestuje, a gdy drzwi zamykają się za nimi z cichym trzaskiem, Hermiona podchodzi do Sebastiana. Jugson uśmiecha się niezwykle ironicznie, a dziewczyna z żalem stwierdza, że jest przystojny. Zaprzepaścił całą przyszłość. Jest młody, może ma dwadzieścia, dwadzieścia parę lat… Przed nim powinna być cała młodość, tymczasem… Tymczasem zostanie zapomniany…
– Nie uda ci się wtargnąć do mojego umysłu, głupia szlamo, nikomu się nie udało…
Hermiona potrząsa głową i uśmiecha się lekko.
– W takim razie będę pierwsza…
Wycisza swój umysł, bierze głęboki oddech i szepcze:
– Legilimens. 
I pochłania ją ciemność… Umysł Sebastiana jest niczym czysta karta, niezbadany, wolny od wszystkiego, a jednak na tej karcie widać rysy. Drobne blizny, które zmąciły myśli mężczyzny. Jest tylko człowiekiem, nie jest odporny na zranienia. Hermiona bez cienia wstydu, przedziera się przez jedną z takich ran, po pomieszczeniu roznosi się głośny wrzask śmierciożercy, gdy Hermiona bezceremonialnie wdziera się do jego umysłu. Bariera za barierą, pokonuje każdą. Przegląda najwstydliwsze wspomnienia; widzi jak Sebastian ze złością spogląda na kobietę, która go porzuca, nazywa ją w myślach Victorią… Niestety, ta dziewczyna była dla niego przekleństwem… Hermiona rozdrapuje każdą z ran; silny Cruciatus rzucony w ramach kary przez jednego z nauczycieli w Durmstrangu... Pierwszy pocałunek… Pierwsze zabójstwo… Koszmary nawiedzającego go nocami po dokonaniu kilku morderstw… Smutek i żal po śmierci matki… Aż w końcu… Hermiona widzi jak do domu Sebastiana przychodzi Rudolf Lestrange z propozycją zemsty, Hermiona patrzy oczyma Sebastiana na to, co się dzieje.
– Kochałeś swą matkę, Sebastianie… A oni ją tak po prostu zabili, mimo że zginęła honorowo w czasie bitwy o Hogwart, to jednak zginęła… Była taka lojalna, taka mądra i piękna, prawda, Sebastianie? Prawda, że taka była? Ona nie żyje, a szlamy wciąż chodzą po tym świecie. Zdrajcy jak Malfoyowie… Oni wszyscy żyją, a twa matka nie… Przyłącz się do mnie, Sebastianie, nieważna jest cena, ale niech zdrajcy za to zapłacą. Niech świat zacznie wątpić w cudowną trójcę. Niech znów o nas usłyszą, niech dokona się zemsta!
Hermiona odzywa się, choć tak bardzo nie chce:
– Przyłączę się do ciebie, Rudolfie, niech zapłacą za to, co mi odebrali…
A potem widzi wszystkie okropne rzeczy, których dokonali śmierciożercy. Każde okropne morderstwo, każdy okropny koszmar, nawiedzający Sebastiana nocą… Widzi też Harry’ego i Rona… Jest środek czerwca, słońce chyli się ku zachodowi, a ona dostrzega oczyma Sebastiana swoich przyjaciół, wchodzą do jednego z londyńskich barów…
– Nie mogę doczekać się złapania w swoje sidła Pottera – szepcze jedna ze stojących obok Sebastiana kobiet. Victoria Rosier, ta Victoria, która niegdyś złamała Jugsonowi Juniorowi serce…
Victoria jest piękna i niezwykła. Hermiona rozumie, że Sebastian nigdy nie przestał jej kochać. Gryfonka odczuwa wszystko tak jak on w tamtej chwili. Czuje jego frustrację, gdy Victoria wypija eliksir wielosokowy i staje się tak dobrze znaną Hermionie dziewczyną… Aurorą, tą, o której mówił cały czarodziejski świat… Dla której Harry podobno rzucił Ginny… A więc to w ten sposób śmierciożercom udało się dotrzeć do jej przyjaciół…
– Czy tobie, Sophio, to też sprawia taką przyjemność?
Sophia Macnair krzywi się lekko, już zażyła eliksir i teraz wygląda jak słodka i niewinna złotowłosa kobietka.
– Weasley to najgorsze, co mogło mi się trafić – syczy Sophia, ale uśmiecha się diabolicznie. – Ale może być ciekawie…
Kobiety wchodzą do baru jako pierwsze, Sebastian wchodzi za nimi dopiero po niecałej godzinie. Od razu dostrzega, że w jednej z loży siedzą Sophia i Victoria wraz z pijanymi wybawcami  Dziewczyny musiały naprawdę mocno upić tę dwójkę, bo ci wyglądają na kompletnie nieorientujących się w tym, co dzieje się wokół nich. Sebastian zauważa jak Victoria bezceremonialnie sunie dłonią po torsie chłopaka, a potem schodzi dłonią coraz niżej i niżej… Bez cienia wstydu wspina się na jego kolana i obsypuje go pocałunkami… To samo robi Sophia z Ronem…
Hermiona tak bardzo chciałaby odwrócić głowę, ale Sebastian wpatruje się uporczywie w swoją przyjaciółkę i w dziewczynę, którą darzy uczuciem… Odczuwa wielki ból, a mimo to nawet nie mruga, chłonie ten widok i stara się przekonać siebie, że dobrze, że jego związek z Victorią się rozpadł…
W końcu dziewczyny odsuwają się od mężczyzny. Zamroczeni alkoholem Harry i Ron zaczynają rozumieć, że popełnili głupi błąd dopiero, gdy śmierciożerczynie wyciągają różdżki. Jednocześnie wypowiadają zaklęcie:
– Imperio.
Znów Hermiona zapada się w wspomnieniach… Otaczają ją ciemne i mroczne obrazy… Widzi kolejne morderstwa, widzi konające w ramionach matek dzieci, które zabija Sebastian, bo ich rodzicami są zdrajcy… Znów śni wraz z Sebastianem koszmary… I w końcu widzi to jedno miejsce… Potężną twierdzę, mroczny i zapomniany zamek.
– Czasem żałuję, że ta forteca została opuszczona… – mówi Victoria. – Rosierowie stali się miękcy i chcieli dorównać przepychem i klasą Malfoyom… Szkoda, że się stąd wynieśli...
Wystarczy… Hermiona z trudem przerywa zaklęcie… Upada z łoskotem na ziemię i stara się zaczerpnąć powietrza, tuż obok niej stoją McGonagall, Kingsley i aurorzy. Hermiona siada i dostrzega, że głowa Sebastiana zwisa bezwładnie na krześle. Stracił przytomność, zaklęcie Hermiony pozbawiło go wszystkich sił..
– Merlinie, Hermiono, nie było cię z nami ponad godzinę! Myśleliśmy, że jego wspomnienia i myśli cię porwały!
Hermiona kręci głową, czuje, że jeśli szybko nie wyjdzie na świeże powietrze zwymiotuje i straci przytomność. Musi odpocząć, musi stąd wyjść i odetchnąć, potrzebne jej eliksiry, które pozwolą jej odzyskać energię…
– Dajcie mi jakąś fiolkę, cokolwiek – szepcze, jej gardło pali ją niemiłosiernie.
Dyrektor McGonagall wyciąga pióro i szybko transmutuje je w szklany flakonik. Hermiona drżącą dłonią unosi różdżkę i wyciąga ze swego umysłu myśli. Wszystko, co zobaczyła zamyka w buteleczce, którą podaje dyrektorce.
– Hermiono?
Dziewczyna drży, a potem osuwa się na ziemię, tracąc przytomność.

***

W Świętym Mungu jest sterylnie i biało… Nieskazitelnie biało… Tak biało, że aż zaczynają ją boleć oczy… Nie bywa tutaj często, ostatni raz odwiedziła szpital wraz z Neville’em, gdy ten przeszedł do rodziców. Państwo Longbottom nauczyli się już rozpoznawać jego twarz, jednak jej nie znali… Gdy zobaczyli jak wchodzi za Neville’em zaczęli panikować. Ich krzyki, a nawet głośny płacz, słychać było na całym korytarzu. Luna była wtedy bliska łez, a zwłaszcza wtedy gdy Neville uśmiechnął się do niej przepraszająco i poprosił:
– Zaczekaj na mnie na zewnątrz.
Czekała na niego dwie godziny, a potem już nigdy nie poszła z nim do rodziców. Mimo że Neville nakłaniał ją do tego setki razy przysięgła, że już nigdy tam nie pójdzie… Nie chciała, by jej obecność wpływała źle na rodziców chłopaka.
Dziś jednak Luna znów tutaj jest, ale to nie państwo Longbottom chcą krzyczeć, a ona… Ma wielką ochotę zacząć wrzeszczeć na całe gardło i błagać, by to, co ma przed oczyma okazało się nieprawdą…
Przepłakała już wiele godzin, jej oczy pieką, są czerwone i napuchnięte. A jednak wciąż płacze, niestrudzenie, nieustannie. Łzy po prostu nie przestają płynąć.
Blaise leży na łóżku cały zakrwawiony, z ranami na całym ciele, z rozciętym policzkiem, na którym na pewno zostanie blizna… O ile chłopak się wybudzi…
Luna drży na całym ciele, nie wie czy ze złości, czy z żalu i smutku. Stan Blaise’a wciąż jest niestabilny, ale dzięki specjalnemu pozwoleniu Ministra mogła tutaj wejść. To była rekompensata Kingsleya, w ten sposób chciał przeprosić ją za to, że Blaise niemal zginął.
Oprócz Luny taką zgodę dostała też Ginny, jednak ta nie zjawiła się tutaj nawet na chwilę… Luna wciąż pamięta jej słowa:
– Blaise sobie poradzi, i tak jest nieprzytomny, nie będzie wiedział, że przy nim jestem, a tutaj przydam się bardziej.
– On ciebie potrzebuje, gdy się wybudzi, będziesz pierwszą osobą, której będzie szukał…
– Ty powinnaś tam być, to ty go kochasz. Zresztą… Nie wiadomo czy w ogóle się obudzi…
Luna nie panowała nad sobą w tamtej chwili. Mimo że widziała w oczach Ginny żal i smutek, mimo że widziała, że dziewczyna cierpi, bo Blaise był jej bliski, to jednak jej słowa… Tak ostre i straszne ugodziły Lunę. Bez zastanowienia spoliczkowała swoją ongiś przyjaciółkę.
– Nie zasłużyłaś na jego miłość – warknęła Luna. – Nie zasłużyłaś na moją przyjaźń… To dla twojego szczęścia zrezygnowałam ze swojego! Dla ciebie zostawiłam Blaise’a, chciałam by pomógł ci wyrwać się z tego twojego kokonu bólu, a ty tak się mi odwdzięczasz? Tak odwdzięczasz się Blaise’owi za to, co dla ciebie zrobił?!
Ginny wyglądała na wstrząśniętą, chciała jakoś się usprawiedliwiać, jednak Luna zostawiła ją samą. Nie było sensu by marnowała na nią czas… Dłoń paliła ją niemiłosiernie, gdy rzucała proszkiem by przenieść się do szpitala. Tam w sztucznym świetle dostrzegła, że jest cała czerwona i spuchnięta, musiała uderzyć Ginny niezwykle mocno… Mimo to odczuwała dumę, Ginny zasłużyła na cierpienie…
Teraz Luna wciąż z trudem porusza palcami, a jednak jest z tego zadowolona. Niech Ginny wie, co czuje Luna, niech czuje ból, jaki przez tyle miesięcy odczuwała ona…
– Kocham cię, Blaise, proszę wróć do mnie – szepcze Luna i na nowo zanosi się płaczem.
Właśnie wtedy serce Blaise’a staje, a po sali rozchodzi się głośno alarm, informujący uzdrowicieli o tym, że ich pacjent umiera.

***

Noc z piątego na szóstego kwietnia jest głośna. Wyjący wiatr zagrzewa wszystkich do walki, aż trudno uwierzyć, że nie są to prawdziwe okrzyki wojenne. Hermiona z ręką na sercu stoi przy oknie i wpatruje się w spływające po szybie krople deszczu. Za piętnaście minut wyruszają by odbić Harry’ego i Rona i na zawsze rozprawić się ze śmierciożercami. Hermiona otrzymała dowództwo, odpowiada za jeden cały zespół… Czuje jak wielka odpowiedzialność na niej spoczywa. Jeśli zawiedzie, mogą zginąć ci, którzy są w jej grupie. A jednak nie stoi teraz ze wszystkimi na holu przed Wielką Salą, nie powtarza formułek i nie dodaje otuchy tym, którzy zostają w zamku… Zamiast tego jest tutaj, w miejscu, w którym uświadomiła sobie, że można kochać kogoś miłością czystą i prawdziwą.
Opuszczona sala zaklęć wygląda zawsze tak samo… A jednak za każdym razem, gdy tutaj przychodzi czuje coś innego… Raz żal, raz szczęście, raz smutek… Dziś odczuwa to ostatnie… Nie może zejść do lochów i odwiedzić przyjaciół, nie może zobaczyć się z Draco i powiedzieć mu, że naprawdę go kocha. Gdyby dziś zginęła, Draco nigdy by się nie dowiedział… Może to i lepiej? Nie opłakiwałby jej…
Pozwala sobie na chwilę smutku…. To, co przytrafiło się Harry’emu i Ronowi to wyłącznie jej wina. Gdyby udała się wówczas z nimi, gdyby nie pozwoliła im jechać do Londynu, gdyby się nimi zaopiekowała jak nakazał jej dwa lata wcześniej Dumbledore… To wszystko nigdy by się nie zdarzyło…
Otrząsa się względnie szybko i rusza w kierunku miejsca zbiórki. Gdy tylko staje na holu, dopada do niej Ginny.
– Gdzieś ty się podziewała – syczy wściekle. – Za chwilę wyruszamy.
Hermiona wyswobadza się z objęć przyjaciółki i wzrusza ramionami.
– Musiałam oczyścić umysł. Są już wszyscy?
Omiata wzrokiem swoją grupę, dokładnie licząc każdą czuprynę. Idealnie dziesięć osób, włączając w to ją. Prostuje się dumnie i odzywa donośnym głosem:
– To my mamy wydostać Harry’ego i Rona z twierdzy. Śmierciożercy się nas nie spodziewają, nie wiedzą, że sztuczka z antidotum na Veritaserum zawiodła, a oklumencja nie zadziałała. Nie muszę chyba mówić, że jesteśmy w idealnej pozycji, a jednak.. Jednak musimy zachować wzmożoną ostrożność. Wszyscy braliście udział w wojnie i chcę powiedzieć, że to… Że naprawdę cieszę się, że to z wami przyszło mi stanąć do walki…
Hermiona niemal płacze. W jej oczach wzbierają się łzy i ociera dłonią nos, z którego cieknie. Czuje, że za jedną dłoń łapie ją Dean, a za drugą Ginny. Dodają jej otuchy.
– Po prostu nie dajcie się zabić – mówi cicho Hermiona.
– Nie przejmuj się, rozgromimy tych śmierciojadów! – rzuca głośno Seamus, a wtórują mu głośne oklaski i krzyki.
Kingsley daje znak, a Hermiona momentalnie staje na czele grupy.
– Za mną!
Muszą wyjść poza strefę Hogwartu. Teleportacja, ani nawet użycie świstoklika, nie są możliwe na terenie szkoły. Dziś po raz pierwszy od czasu bitwy odwiedzą wioskę. Już w czasie drogi, gdy dzielą ich jeszcze długie minuty od miejsca docelowego, dostrzegają kłębiący się nad Hogsmeade dym. Ponoć jeden ze śmierciożerców użył Szatańskiej Pożogi… Ogień trawił wszystko na swej drodze przez bardzo długi czas.
Hermiona zagryza wargi, gdy mija miejsce, gdzie dwa dni temu pocałowała Draco. Czuje dziwną ochotę zatrzymania się i dotknięcia swych ust. Chciałaby wspomnieć tę chwilę i zatracić się w tym… Ale nie ma takiego prawa. Teraz nie liczą się jej uczucia, a misja odbicia jej przyjaciół.
– Użyjemy świstoklika. Teleportacja byłaby zbyt niebezpieczna, nie wiemy jak dokładnie wygląda to miejsce, ani gdzie się ono znajduje.
– A czy to jest bezpieczne? – pyta niepewnie Padma Patil.
Hermiona spogląda na nią z ukosa. Tak dziwne jest po tak długim okresie znów stać blisko swych starych znajomych.
– Osobiście stworzyłam tego świstoklika, nie ma nic bezpieczniejszego – odpowiada lekkim głosem Hermiona i wyciąga z kieszeni szaty książkę, którą powiększa.
Jej znajomi śmieją się cicho, a Hermiona uśmiecha się pod nosem. Wiedziała, że to ich nieco rozweseli, właśnie dlatego zrezygnowała z jakiegoś zwyczajnego przedmiotu, na rzecz Historii Hogwartu.
– Złapcie się mocno i za nic w świecie nie puszczajcie – szepcze Hermiona. – Na trzy… Raz… Dwa… Trzy!
Momentalnie czują nieprzyjemne uczucie w brzuchu. Ziemia znika spod ich stóp, a oni zaczynają wirować. Obrazy błądzą wokół nich niczym przewijane, a specyficzne uczucie nie znika nawet na chwilę. Ten dziwny stan, w którym trwają po chwili zanika, a oni spadają na ziemie. Hermiona i paru jej przyjaciół zachowują równowagę, pozostali jednak upadają wprost w wielką kałużę. Obok nich, w mniejszych lub większych odległościach, pojawiają się też inni członkowie Zakonu i aurorzy.
Hermiona unosi głowę, spoglądając w niebo. Deszcz moczy jej twarz, lecz ona nie zwraca na to uwagi. Pozwala by woda schłodziła jej ciało, a przy tym ostudziła jej emocje…
– Ruszajmy – nakazuje.
Za nią rusza dziewięć odzianych w czerń przyjaciół. Wszyscy gotowi zginąć za wolny świat, o którym marzą. Hermiona boi się tego jak potoczą się losy bitwy… Kingsley wydał rozporządzenie, w którym jasno określił, że można – a nawet wskazane jest – używać zaklęć niewybaczalnych… Z jednej strony pozwoli to uratować wiele istnień, śmierciożercy od dawna przecież walczą tak, by zabić, a nie zranić i pojmać… A jednak… Hermiona boi się, że któreś z jej przyjaciół użyje zaklęcia uśmiercającego, a potem do końca życia będzie zmagać się z tym ciężarem. Widziała przecież umysł śmierciożercy… Skoro nawet Sebastian Jugson, bezwzględny morderca, nocami zmagał się z demonami i wyrzutami sumienia, jak poradzą sobie jej przyjaciele? Tak niewinni…? Tak młodzi…?
Potrząsa głową, nie czas teraz na takie rozmyślenia. Dostrzega, że oddział aurorów i grupa dyrektor McGonagall wtargnęła już do zamczyska od frontu. Oddział Hermiony i jeszcze jedna formacją mają za zadanie wejście od strony lochów… Podejrzewają, że to tam śmierciożercy trzymają Harry’ego i Rona, choć Hermiona nie jest do końca pewna. Widziała w umyśle Sebastiana jak Victoria oczarowana była Harrym… Możliwe, że… Że chłopak jest z nią, w jej pokoju…
Hermiona zatrzymuje się przed wielkimi schodami, które prowadzą do lochów z zewnątrz. Słyszy już odgłosy walki dobiegające z głównego dziedzińca i wnętrza zamku. Mimo że za parę minut wybije druga w nocy, śmierciożercy nie dali się zaskoczyć.
– Padma, Parvati, jesteście dobre z obrony, osłaniajcie tyły. Dean i Ginny do mnie, wy jesteście świetni w ataku, stańcie po obu moich stronach. Neville, Luna i Seamus środek. Staracie się wspierać odpowiednio każdego z nas, uderzacie tam, gdzie widzicie, że nie dają sobie rady. Terry i Michael, wy osłaniacie boki. Zrozumiano? Jak tak to do ataku!
Hermiona jednym zaklęciem rozbija drzwi, które roztrzaskują się na boki i wbiega do środka. Nie spodziewa się, że będzie tutaj spora grupa gotowych do walki śmierciożerców. Bez namysłu rzuca się w wir walki. Zaklęcie, uskok, cios, przeskok i znów zaklęcie. Promienie skaczą po pomieszczeniu rozjaśniając je, zupełnie jakby był dzień. I mimo że lochy wyglądają upiornie, Hermiona nie czuje strachu, bo wie, że za jej plecami stoją przyjaciele gotowi oddać za nią życie. To dodaje jej sił i sprawia, że bez chwili zastanowienia rzuca coraz to wymyślniejsze klątwy.
Nagle dostrzega Deana walczącego z Goyle’em Seniorem.
– Nie, Dean! – krzyczy, ale jest za późno.
– To za mojego ojca – warczy Dean i pozwala by szał nim zawładnął.
Goyle nie wygląda zbyt dobrze. Jego oczy są puste, zupełnie jakby trawiła go choroba, a jednak stara się odpierać ataki młodego i zdrowego Deana, jednak bezskutecznie. W pewnej chwili chłopak wytrąca mu różdżkę z dłoni, a wówczas arystokrata staje się bezsilny. Hermiona chyba dostrzega w jego oczach smutek, ale i ulgę.
– Avada Kedavra – wypowiada zaklęcie Dean, a promień mknie z zawrotną prędkością w kierunku Goyle’a Seniora, który upada bez życia na ziemię.
Hermiona dopada do Deana, obie dłonie kładzie na jego policzkach.
– Coś ty zrobił, Dean, już nigdy nie zapomnisz tego, co zrobiłeś… – szepcze z bólem. – Coś ty zrobił, Dean…
– Musiałem – odpowiada cicho chłopak, a Hermiona odsuwa się od niego szybko.
Dziewczyna opuszcza dłonie wzdłuż ciała i rozgląda się wokół. Wszyscy śmierciożercy zostali spetryfikowani i związani, a ich różdżki zabrane.
– Terry, Padma i Ginny, wy zamknijcie ich w jakimś lochu i sprawdźcie uważnie każdy kąt. Nie bez powodu siedzieli w lochach, musieli czegoś, albo kogoś pilnować... Reszta za mną!
Ginny łapie Hermionę za rękę.
– Nie mogę tu zostać, muszę iść z tobą, tam jest Harry.
Hermiona bez wahania wyrywa rękę z uścisku przyjaciółki i kreci głową. W oczach Ginny dostrzega żal i wściekłość.
– Ja muszę tam iść, ja go kocham, muszę mu pomóc!
– Zostajesz tutaj, Ginny, to dla twojego dobra – odpowiada Hermiona i bez namysłu rusza dalej.
Wie, że właśnie bardzo zawodzi i rani Ginny, ale jeśli jej przyjaciółka zrozumie, co takiego robił Harry… Nigdy tego nie zapomni, nigdy nie wyprze się tej świadomości… Hermiona musi złapać Victorię Rosier nim zrobi to ktoś inny… Musi ją złapać i zabić…
Wyższe kondygnacje są względnie spokojne. Hermiona i jej przyjaciele bez namysłu wbiegają po schodach coraz wyżej i wyżej. Nagle Hermiona dostrzega znajomy korytarz. Widziała to miejsce w umyśle Sebastiana… To tutaj chłopak wielokrotnie dobijał się do drzwi sypialni Victorii.
– Zachowajcie czujność – szepcze Hermiona. – To tutaj…
Hermiona stawia pierwszy krok na korytarzu i od razu zostaje zaatakowana. Przed nią staje Harry, który bez wahania rzuca w nią zaklęciami…
Łzy zbierają się w oczach dziewczyny, gdy dostrzega jak czarne są oczy chłopaka, takie płytkie i bezdenne. Całkiem wyprane z emocji.
– Słodki Merlinie, Harry… – Hermiona pozwala łzom płynąć, a wówczas Harry atakuje jeszcze raz, a za nim ruszają do walki pozostali.
Na grupę Hermiony uderza kilkunastu śmierciożerców. Wśród nich Hermiona dostrzega Victorię i Sophię… Nie to jednak zajmuje myśli dziewczyny… Musi uratować Harry’ego i… Czuje jakby w jej ciało wbijały się setki igieł, pada na kolana z wrzaskiem i dostrzega, że to Ron rzuca zaklęcie. Jej Ron…
– Nie – warczy wściekle i z trudem przetacza się po ziemi. Zaklęcie Rona przestaje działać, ale teraz obaj zaczynają ją atakować.
Hermiona podrywa się z ziemi i bez wahania ciska w swych przyjaciół zaklęciami. Od Rona zawsze była lepsza w pojedynkach, a z Harrym jej umiejętności są porównywalne… Jedyną cecha, która może pomóc Hermionie wygrać, jest jej szeroki zasób wiedzy. Harry ma okrojony zasób klątw, podczas gdy Hermiona zna ich dziesiątki.
To już nie są moi przyjaciele, myśli z żalem. Muszę z nimi walczyć jak ze śmierciożercami…
Wypiera z głowy wszystkie dobre wspomnienia z chłopakami i oczyszcza swój umysł. Teraz liczy się tylko to, by spetryfikować Harry’ego i Rona, odebrać im różdżki i zamknąć w bezpiecznym miejscu.
– Przegrasz – syczy Harry. – Przegrasz i nie możesz znieść tej myśli…
Hermiona jednak kręci głową i raz za razem rzuca silne zaklęcia oszałamiające i spowalniające ruchy jej przyjaciół. Wydaje im się, że ich atutem jest fakt, że Hermiona nigdy by ich nie skrzywdziła… Nie wiedzą tylko, że są w ogromnym błędzie.
– Everte Statum! Ekspeliarmus! Brachiabindo! Drętwota!
Wystarcza chwila nieuwagi, by Hermiona wykluczyła z pojedynku Rona. Najpierw jej zaklęcie odrzuca chłopaka w górę tak, że ten uderza głową o ścianę, z jego nosa zaczyna spływać strużka krwi, jednak Hermiona wie, że uderzenie nie powinno u niego spowodować żadnych obrażeń, poza siniakami, dlatego bez wahania rzuca kolejne zaklęcie. Wytrąca mu różdżkę, splata niewidzialnymi pętami, a następnie unieruchamia tak, że chłopak traci przytomność. Bez zastanowienia Hermiona wrzuca go do jednego z pomieszczeń, a następnie zamyka z głośnym trzaskiem drzwi, tak by Ron się stamtąd nie wydostał, ani nikt oprócz niej tam nie wszedł.
– Zostałeś jeszcze ty, Harry… Nadal jesteś pewny swego zwycięstwa?
Harry bez słowa zaczyna ją atakować. Nie rzuca już zwykłymi klątwami, a potężnymi zaklęciami czarnomagicznymi, z którymi coraz trudniej jest Hermionie walczyć. Dziewczyna wie, że to Victoria kontroluje umysł jej przyjaciela, dlatego tym mocniej chce się jej pozbyć… Zanim jednak stanie do walki z Rosierówną, musi pokonać Harry’ego.
– Przepraszam, Harry – szepcze z bólem Hermiona i mocniej ściska różdżkę w dłoni.
Bierze głęboki oddech, odbija rzucone przez przyjaciela zaklęcie i wypowiada swoje. Wie, że czar ten mocno zrani jej przyjaciela jednak nie może inaczej:
– Sectumsempra. – Wypowiadane słowo pali ją żywym ogniem…
Harry pada na ziemię, a na jego ciele zaczynają pojawiać się liczne rany cięte. Koszula przesiąkła już krwią, mimo że Hermiona niemal od razu przerwała zaklęcie. Musiała włożyć w czar zbyt wiele mocny. Szybko przenosi Harry’ego do jednego pomieszczenia i krzyczy do Neville’a, by zajął się ich przyjacielem. Wie, że Longbottom poradzi sobie świetnie, jest dobry z zaklęć uzdrawiających. Zatrzaskuje za nimi drzwi i te również pieczętuje. Nikt się tam nie dostanie.
– Jesteś sprytniejsza niż sądziłam – syczy Victoria, niemal przy jej uchu. – Crucio…
Hermiona zgrabnie uskakuje. Czar trafia Lunę, a Hermiona słyszy jak jej przyjaciółka upada na ziemie otumaniona bólem, jej wrzaski jeszcze długo będą gościć w koszmarach Gryfonki.
– Ty zaś jesteś głupsza niż ja sądziłam – odpowiada Hermiona i bez namysłu zaczyna atakować swą przeciwniczkę.
Nie ma żadnych zahamowani. Widzi przed sobą kobietę, która zniszczyła jej przyjaciółkę, która zniewoliła jej przyjaciela. Hermiona przypomina sobie wszystkie czarnomagiczne klątwy, jakie zna i bez cienia strachu, bez zastanowienia nad konsekwencjami, używa ich. Ta kobieta zasłużyła na cierpienie.
– Kto by pomyślał – udaje się wydyszeć Victorii – że będziesz znała czarna magię…
– Znam ją lepiej niż ci się wydaje… – szepcze Hermiona.
Jej serce bije jak szalone, a w oczach wzbierają łzy. Nie sądziła, że kiedykolwiek dopuści się takiego czynu. Nigdy nie chciała mieć na sumieniu drugiego człowieka, a jednak… Uchroni swych przyjaciół, wcześniej jej się nie udało, to zrobi to teraz…
– Wiesz, udawanie Aurory było zabawne… Nocą nie pijałam eliksiru wielosokowego, chciałam, by Potter zawsze widział moją prawdziwą twarz, gdy dochodził we mnie… – mówi to z tak lubieżnym uśmieszkiem, że Hermiona mocniej ściska różdżkę i już wypowiada te dwa słowa. Zaklęcie, które wszystko zakończy…
Wtedy jednak Victoria pada martwa na ziemię.
– Nie – szepcze Hermiona. – Proszę, nie…
Dostrzega zapłakaną Ginny, stojącą nad ciałem Victorii. Rudowłosa w dłoni dzierżyła różdżkę, którą niemal od razu wypuszcza z rąk… Szał bitewny powoli opada. Nieopodal nich Luna i Parvati pokonują ostatnich śmierciożerców, jednak nie to jest teraz ważne dla Hermiony.
Ginny upada na kolana, a Hermiona klęka tuż obok niej. Pozwala, by przyjaciółka swoimi łzami moczyła jej szatę…
– Zabiłam ją… Hermiono – powtarza niczym w amoku Ginny. – Zabiłam człowieka…
Hermiona również zaczyna płakać. Właśnie tego chciała uniknąć. Teraz przytulają siebie mocno i płaczą razem. Jedna ma wyrzuty sumienia, bo zabiła, druga, bo nie uchroniła przyjaciółki przed tak wielkim ciężarem…
– Będzie dobrze, Ginny. Damy sobie radę.
Hermiona nie wierzy w swoje słowa…

***

6 kwietnia 1999
To już trzeci dzień… Naprawdę czujemy się tutaj jak w więzieniu, nie możemy wyjść, panikujemy… Profesor Slughorn na bieżąco stara się przychodzić i informować nas o wszystkim, a jednak to nie wystarcza. Udało nam się wydobyć od niego informacje o tym, że Blaise jest w szpitalu. Jego obrażenia są niezwykle poważne. Podczas gdy on walczy o życie, my siedzimy tutaj zamknięci niczym szczury.
Pansy ciągle płacze, bo Roger został zraniony w czasie bitwy w zamku Rosierów. Nie wiadomo czy z tego wyjdzie… Pansy może stracić dwie najważniejsze osoby…
Nie mogę znieść tego, że Hermiona nic nam nie powiedziała, że zataiła przed nami prawdę, że nie poinformowała nas o stanie Blaise’a…
Wszystko w co wierzyłem nagle zaczyna jawić się dla mnie kłamstwem…
Draco

***

Szóstego kwietnia następuje przełom. Kilka godzin po tym, jak Draco skończył pisać w swoim dzienniku otwierają się drzwi, a przez nie wchodzą aurorzy. Kilku mężczyzn ogłasza, że z polecenia Ministra wszyscy Ślizgoni zostaną przesłuchani w sprawie ostatnich ataków śmierciożerców.
– Draco Malfoy proszony jest jako pierwszy…
Pansy ściska dłoń przyjaciela, w geście dodającym otuchy. W jej oczach Draco dostrzega łzy; znów to Ślizgoni zostaną obarczeni odpowiedzialnością za całe zło świata…
– Tam na pewno będzie Hermiona, ona nam pomoże – mówi cicho Teodor, a Draco bardzo chce w to wierzyć…
Gdy wychodzi z Pokoju Wspólnego odczuwa ulgę. Faktycznie, parę metrów dalej stoi Hermiona, ma na sobie zwiewny, koralowy sweter, a włosy związała w kucyka. Draco zauważa na jej obojczyku bandaż i czuje jak buzuje w nim wściekłość. Szybkim krokiem do niej dopada;
– Co ci się stało?
Hermiona uśmiecha się do niego lekko i kręci głową.
– Po prostu walczyłam… – Draco dostrzega smutek w jej oczach. – Ja go zaprowadzę, Lucas – mówi do jednego z aurorów i razem ruszają w kierunku Wielkiej Sali.
Draco zauważa, że auror bez słowa pozwolił Hermionie go eskortować. Dziewczyna musiała jeszcze mocniej zasłużyć na szacunek ze strony pracowników Biura Aurorów. Nigdy nie wątpił w jej umiejętności, teraz zaczął odczuwać jeszcze większą dumę. Kiedyś się z tego naśmiewał, ale teraz, gdy wszystko się zmieniło, jest wdzięczny Merlinowi za to, że Hermiona jest po jego stronie, że stoi u jego boku.
– Zostaniesz przesłuchany. To tylko rutynowa kontrolna, na którą się nie zgodziłam, ale Kingsley nie chciał tego słuchać… – Wzdycha lekko Hermiona. – Później odbędzie się obiad i wszystko wróci do normy… Pojutrze znów zaczynają się zajęcia, a jeszcze dziś będzie wam wolno wychodzić z Pokoju Wspólnego…
Draco łapie Hermionę za rękę i zatrzymują się. Od Wielkiej Sali dzieli ich teraz zaledwie parę schodków, ale Draco chce te ostatnie minuty spędzić z nią sam na sam. Nie wie, kiedy znów będzie miał do tego okazję.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – szepcze, a w jego oczach lśni ból. – Dlaczego to zataiłaś? Przygotowalibyśmy się…
Hermiona kręci głową.
– Nie mogłam, złożyłam przysięgę… Było podejrzenie, że…
Draco momentalnie się odsuwa. Już rozumie, dlaczego Hermiona milczała, po co to całe przesłuchanie… I choć wie, że Hermiona nie złożyła przysięgi dobrowolnie to czuje, że zawiódł się na niej po raz kolejny…
– Podejrzewałaś, że znów z nimi współpracuje? – pyta głucho, a Hermiona wciąga głośno powietrze.
– Draco, musiałam złożyć przysięgę…
– Podejrzewałaś coś takiego? Miałaś przez chwilę wątpliwość? Odpowiedz!
Hermiona zakrywa na chwilę twarz dłońmi. Nie płacze, bo łzy nie są w stanie popłynąć po jej policzkach, chyba już po prostu wyczerpała cały ich zapas… Bierze głęboki oddech i spogląda na Draco. Jest cały i zdrowy, a jednak w jego oczach widać wielką wściekłość i rozgoryczenie. Zawiódł się na niej, Hermiona tak cholernie żałuje, że mogła choć przez chwilę pomyśleć, że Draco się od niej odwróci.
– Widziałam cię, gdy witałeś się z Madelaine Rookwod, mówiłeś takim głosem, jakbyś cieszył się ze spotkania po latach…
Draco kręci głową i odwraca się bez słowa.
– Draco, ale ja potem zrozumiałam, że ty naprawdę walczysz z nami…  – Hermiona chce go złapać za ramię, ale ten się jej wyrywa. Z bólem szepcze do niego: – Draco, przepraszam…
– Daj spokój, Granger…. Przecież jestem tylko śmierciożercą, nic dziwnego, że zwątpiłaś…
Draco rusza w kierunku Wielkiej Sali z sercem na dłoni. Najchętniej poszedłby gdzieś, gdzie mógłby bez cienia wstydu krzyczeć, wrzeszczeć, szlochać i skomleć… Liczył, że Hermiona zaprzeczy, tymczasem ona… Ona po prostu wyparła z pamięci wszystko, co razem przeszli, ich pocałunek, rozmowy, dotyk… Zapomniała o tym i uwierzyła, że znów mógł dołączyć do śmierciożerców…
Zaciska mocno dłonie, dużo czasu minie nim w końcu się z tym pogodzi.
Wielka Sala wygląda inaczej, znów zamieniła się w główną bazę Zakonu Feniksa. Draco sądził, że będzie odpowiadać przed całym Zakonem, tymczasem w pomieszczeniu przy jednym ze stolików siedzą Minister Magii, profesor Slughorn, dyrektorka i zastępca szefa Biura Aurorów. Draco zastanawia się, gdzie jest Robards.
– Robards odszedł z pracy… Dziś rano wysłał rezygnację do Kingsleya. Chyba zrozumiał, że jego decyzje były tragiczne i nie może poradzić sobie z wyrzutami sumienia…
Draco spogląda na nią kątem oka.
– Zginęło wielu aurorów i cywilów… Również wielu członków Zakonu, w tym syn Robardsa z żoną…
Draco kiwa głową. Wciąż nie zapytał o Blaise’a i Rogera, ale czeka na odpowiedni moment. Wie, że gdyby działo się coś złego, Hermiona od razu by go poinformowała.
Nie wie jednak, że i pod tym względem zawiedzie się na Hermionie…
– Panie Malfoy – mówi McGonagall. – Proszę usiąść.
Draco zajmuje miejsce naprzeciwko czwórki starszych czarodziejów. Ku jego zaskoczeniu, Hermiona siada obok niego.
– Będziesz moim adwokatem – szepcze Draco, w jego głosie wyczuwalna jest irytacja.
– Nie, będę twoim wsparciem – odpowiada jak gdyby nigdy nic Hermiona. 
Profesor Slughorn wyciąga z kieszeni szaty fiolkę, błyszczący płyn nie ma żadnego koloru i Draco rozumie, co to oznacza. Spogląda na eliksir prawdy ze smutkiem, czuje jakby już teraz był winny. Mimo to odbiera flakonik od nauczyciela i na raz wypija wszystko. Po jego ciele rozchodzi się przyjemne ciepło, eliksir zaczyna działać.
– Jak się nazywasz? – pada pierwsze pytanie, a Draco ma ochotę zaśmiać się drwiąco, zamiast tego jednak udziela wyczerpującej odpowiedzi.
– Nazywam się Malfoy Draco, moimi rodzicami są Narcyza Malfoy, z domu Black i Lucjusz Malfoy… Jestem ostatnim dziedzicem rodu Malfoyów i Blacków.
Wszyscy kiwają głowami, a Draco czuje, że zdał pierwszy test. Kolejne pytania nie będą już tak przyjemne…
Hermiona przygląda się z bólem serca temu, co dzieje się obok niej. Zadawane pytania są trudne i rozdrapują stare rany… Czy to prawda, że miałeś zabić dyrektora Albusa Dumbledore’a? Czy to prawda, że odpowiadasz za wpuszczenie do szkoły śmierciożerców? I czy to prawda, że porzuciłeś śmierciożerstwo?
Hermiona zagryza wargi, słysząc to ostatnie pytanie… Z bijącym sercem czeka na odpowiedź chłopaka.
– Nigdy nie chciałem być śmierciożercą. Zostałem nim, bo mi kazano, bo grożono mojej rodzinie i przyjaciołom. Wykonywałem powierzone mi zadanie, bo obiecałem swemu ojcu, że uratuję jego, matkę i dziedzictwo Malfoyów. Nie kontaktowałem się ze śmierciożercami od czasu Bitwy o Hogwart, wtedy zerwałem z nimi wszystkie więzy.
– Czy wiedziałeś o zaginionych dzieciach śmierciożerców?
– Wiedziałem i znałem ich. Z kilkorgiem przez długi czas się przyjaźniłem, ale zerwałem z nimi wszelkie kontakty na kilka miesięcy przed Bitwą o Hogwart. A potem słuch o nich zaginął. Nie wiedziałem, że zaczęli systematycznie przybywać do Anglii i łączyć siły z innymi, by dokonać zemsty.
– Dlaczego nie wspomniałeś o nich na przesłuchaniu po Bitwie o Hogwart?
– Nie wiedziałem, że są oni istotni, większość z nim nawet nie znała swych prawdziwych rodziców, miała tylko nazwisko rodowe… Kształcili się w Durmstrangu, nic ich nie łączyło z bitwami czy całą wojną w Brytanii. Nie sądziłem, że okażą się tak istotną bronią…
Tym wyznaniem Draco właśnie siebie pogrążył. Hermiona zaciska dłonie, bo wie, że jeśli Kingsley się uprze, będzie mógł postawić Draco przed sądem za nieumyślne zatajenie informacji, które doprowadziły do kolejnej wojny czarodziejów. Hermiona słyszy jak jej serce szybko bije, Draco właśnie odwraca głowę w jej kierunku… Dotarło do niego, że znalazł się w naprawdę złej pozycji…
– Co robiłeś trzeciego kwietnia w Hogsmeade?
– Byłem z przyjaciółmi, spacerowaliśmy po wiosce, odwiedziliśmy Trzy Miotły, cukiernię, a także kupiliśmy nowe pióra i pergaminy. Potem siedzieliśmy na murku pod drzewami. Po moją przyjaciółkę przyszedł chłopak, a mój przyjaciel odszedł do innych znajomych.
– I zostałeś sam? – dopytuje auror. Szuka sposobu na udowodnienie, że to właśnie Malfoy odpowiada za to, że śmierciożercy tak niepostrzeżenie przedarli się do wioski. Nienawidzi całego rodu Malfoyów i jest w stanie zrobić wszystko, byle skazać Draco.
– Nie. Byłem z Hermioną Granger.
Auror momentalnie się prostuje, a jego spojrzenie przeszywa Hermionę na wskroś. Nie takiej odpowiedzi spodziewał się mężczyzna.
– I co robiliście?
Draco bez chwili wahania odpowiada:
– Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Hermiona i ja jesteśmy sobie bliscy, więc dla nas była to zupełnie normalna sytuacja. Mówiliśmy o tym, że przejmujemy się ostatnimi wydarzeniami, starałem się jakoś pocieszyć Hermionę, by wyglądała na bardzo zaniepokojoną i zasmuconą. Rozstaliśmy się dopiero, gdy śmierciożercy zaatakowali wioskę. Hermiona jest świetną czarownicą, więc pobiegła od razu ratować mieszkańców Hogsmeade, chciałem ruszyć za nią, ale wtedy drogę zagrodziła mi Madelaine Rookwod, z którą zacząłem walczyć. Zginąłbym, gdyby nie wsparcie dwójki moich przyjaciół: Dafne Greengrass i Terence’a Higginsa.
Auror kiwa głową, a głos zabiera Minister Magii:
– Dziękujemy, to wszystko…. Hermiono, ty zaczekaj chwilę.
Draco na drżących nogach wychodzi z Wielkiej Sali i siada bez sił na schodach prowadzących do lochów. Nie czekają na niego żadni aurorzy, więc to pewnie obowiązek Hermiony doprowadzić go do Pokoju Wspólnego. Bierze raz za razem głębokie wdechy. Czuje, jakby się dusił, to przesłuchanie pozbawiło go reszty sił.
– Będzie dobrze, Draco…
Niespodziewanie Hermiona siada obok niego. Nawet nie usłyszał, kiedy wyszła z Wielkiej Sali i podeszła do niego.
– Wypij, to antidotum na Veritaserum – mówi cicho i podsuwa mu pod nos flakonik z eliksirem.
Bez zastanowienia wypija wszystko za jednym razem i od razu czuje się lepiej. Ta niedobrowolna chwila szczerości pozbawiła go sił, wyssała z niego wręcz całą energię.
– Będę miał proces? – pyta Draco. – Czy skarzą mnie za to, że nie powiedziałem wtedy o młodych śmierciożercach?
Hermiona kręci głową.
– Ministerstwo z chęcią by to zrobiło, żeby zatuszować fakt, że sami zapomnieli o młodym Jugsonie, Victorii Rosier i innych. Ale ani ja, ani dyrektor McGongall, ani profesor Slughorn nie pozwolimy na to… Na poprzednim przesłuchaniu, zaraz po wojnie, też byłeś pod wpływem eliksiru prawdy, a skoro nie zapytali cię o dzieci śmierciożerców, nie jesteś niczemu winien.
Draco przymyka oczy. Chciałby teraz po prostu położyć głowę na kolanach Hermiony i usnąć. Chciałby czuć jej ciepło i widzieć jej oczy zaraz po przebudzeniu. Jednak zaraz potem karci się za to, bo pamięta o tym, że Hermiona w niego nie wierzyła… Że Hermiona zataiła przed nim wiele faktów i że nie zaufała mu dostatecznie…
Wstaje i rusza w kierunku lochów. Hermiona dogania go szybko i łapie za rękę, zatrzymując. Odzywa się zbolałym głosem:
– Draco… Musisz coś wiedzieć… Roger… On nie żyje…
Draco blednie. Roger Davis nie żyje…
– Nie mogę powiedzieć tego sama Pansy, bo muszę zająć się innymi osobami, które należy przesłuchać… Roger zginął w Mungu od ran zadanych mu przez Rudolfa Lestrange’a…
Draco kiwa głową i ledwie stoi na nogach. Opiera się o ścianę, bo widzi, że Hermiona zbiera się w sobie, by powiedzieć mu o czymś jeszcze.
– Wiesz, że Blaise został ranny… Obrażenia były tak poważne, że… Że…
Łzy napływają do oczu Hermiony, ale przełyka je wraz całą goryczą, która wypełnia jej gardło. Widząc złamanego Draco nie umie przekazać mu prawdy… Kręci głową, to takie trudne.
– Mów, Granger, mów, co z Blaise’em…
Palce Draco wrzynają się w skórę Hermiony, a ona trzęście się cała. Tak trudno jest powiedzieć to jedno zdanie:
– Uzdrowiciele nie dają Blaise’owi szans… On umiera, Draco, i nic nie można na to poradzić…

***

Gdy siódmego kwietnia wybija dziewiętnasta Hermiona wraz z dyrektor McGonagall przenosi się do Ministerstwa… Czeka je ciężki wieczór… Za niecałe półgodziny ma rozpocząć się przesłuchanie Rudolfa Lestrange’a…
Hermiona drży na całym ciele. To, co może wydarzyć się tego wieczoru to dla niej zbyt wiele. Jest przerażona i załamana. Jej życie wróciło już do normalności, a teraz znów wojna przejęła nad nim kontrolę.
Wciąż ma przed oczami otępiały wyraz twarzy Harry’ego, chłopak na razie pogrążony jest w głębokim śnie, ale gdy tylko uzdrowicielom uda się oczyścić jego organizm z toksycznego eliksiru, którym go podtruwano, od razu zaczną go wybudzać. Sytuacja Rona jest prostsza, on działał jedynie pod wpływem Imperiusa… Z bólem serca patrzyła dzisiejszego ranka na jego senną twarz. Wyglądał jak jej kochany Ron, tak niewinny i spokojny, znów wyglądał jak chłopak, którego kochała..
Hermiona popłakała się, siedząc przy jego łóżku, z dłonią zaciśniętą na jego dłoni. To był jej Ron, chłopak, za którego była gotowa skoczyć w ogień… A jednak było w nim coś, co ją od niego odpychało… Wiele czasu minęło, od kiedy byli sobie bliscy. Ron zapewne będzie pamiętać ich wspólne chwile tak jakby miały miejsce wczoraj, ale dla Hermiony upłynął niemalże rok… Pokochała ponownie, może nawet mocniej niż wcześniej…
Nie wie tylko czy uda jej się odsunąć od Rona, czy będzie w stanie go zranić.
– Pamiętaj, Hermiono, jesteś tutaj tylko obserwatorem – odzywa się dyrektorka. – Nie wolno ci przerywać ani zadawać pytań. Jeśli poczujesz, że ci słabo, wyjdź od razu.
– Proszę się nie martwić, pani McGonagall, ja muszę tu być – stwierdza spokojnie Hermiona. – To mój obowiązek, dla Harry’ego, Rona i wszystkich innych…
Dla Draco, Pansy, Teodora i Blaise’a również… Dla Luny, Ginny, Neville’a i Deana…
Sala rozpraw Wizengamotu wygląda tak jak Hermiona zapamiętała. Jest tu przeraźliwie zimno, a gdy uniesie się głowie można dostrzec sunących nad barierą dementorów… Hermiona w myślach przypomina sobie dokładnie swoje najszczęśliwsze wspomnienie i powtarza kilkakrotnie formułkę zaklęcia Patronusa. Od razu czuje się lepiej.
Hermiona siada blisko państwa Weasley, którzy również są obecni na sali, zaś dyrektor McGonagall zajmuje miejsce w ławie sędziowskiej. Ona i jeszcze czterdziestu dziewięciu innych sędziów będą orzekać w sprawie Rudolfa Lestrange’a.
– Jak się czuje, Ginny? – pyta cicho Hermiona.
Pani Weasley pochmurnieje, a głos zabiera Artur. Jest wyraźnie zmęczony, ale mimo to siedzi prosto i słucha uważnie tego, co dzieje się w pomieszczeniu.
– Nie odzywa się ani słowem… Nie chce jeść ani pić. Nie dziwię się jej; zabiła człowieka… Nieważne, że Rosierówna była śmiericożerczynią, to jednak wciąż była żywa istota…
Hermiona kiwa głową. Ginny tuż po bitwie w zamku przeniosła się do Nory, do rodziny, nie mogła sama wytrzymać w szkole, choć Hermiona bardzo prosiła ją o rozmowę.. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że rodzice lepiej wesprą Ginny w tej trudnej sprawie, dlatego nie naciskała na to, by przyjaciółka została w Hogwarcie.
Rozbrzmiewa gong, a wszyscy podnoszą się z miejsc. Do sali wchodzi ubrany jak pozostali sędziowie Minister Magii. Jego wiśniowa szata powiewa, gdy siada na krześle na podeście. Daje znak ręką, a wówczas inni sędziowie i obserwatorzy obecni na rozprawie również mogą usiąść. 
– Wprowadźcie więźnia – odzywa się Kingsley, a jego głos donośnie rozbrzmiewa w sali.
Czterech aurorów wprowadza Rudolfa i umieszcza go na krześle w zaczarowanej klatce. Hermiona z sykiem odwraca głowę, widząc jak wygląda czarodziej… Zaledwie dwa dni temu był dumnie wyglądającym mężczyzną, o gęstej, równo przystrzyżonej brodzie i kruczych włosach, teraz zaś wygląda jak jedno wielkie nieszczęście. Jego twarz jest brudna, ubrania poplamione krwią i ziemią, a włosy poskręcane. Cokolwiek przeszedł przez te kilka dni, musiało to być torturą…
Hermiona zagryza wargi… Rudolf jest śmierciożercą, ale jest też człowiekiem, a nie można w taki sposób traktować ludzi!
– Nazywasz się Rudolf Lestrange. Twoją matką była Eglantina Lestrange, z domu Rosier, a ojcem Corvus Lestrange. Różdżka dwanaście i pół cala. Średnio giętka, włókno ze smoczego serca i czerwonego dębu… – kolejno wymienia Kingsley, a Hermiona uważnie się mu przysłuchuje. Nie jest zaskoczona składem różdżki Rudolfa. Włókno ze smoczego serca jest najodpowiedniejszym rdzeniem dla czarodziejów, którzy będą korzystać z czarnej magii. A czerwony dąb słynie z tego, że charakteryzuje różdżki idealne do pojedynków.
Rudolf unosi głowę i spogląda wprost w oczy Shacklebolta, Hermiona dostrzega, że lśni w nich determinacja, a jednocześnie dziwny smutek.
– Ja i tak wygrałem – mówi Rudolf ochrypłym głosem.
– Podajcie mu eliksir prawdy, antidotum już wywietrzało z jego organizmu. 
Rudolf miota się i rzuca, a jednak aurorom udaje się wlać do jego gardła cały flakonik eliksiru. Mężczyzna krztusi się, lecz połyka cały wywar. Kingsley i sędziowie odczekują parę minut, a następnie rozpoczyna się przesłuchanie.
– Cały skład sędziowski wraz z Naczelnym Magiem Wizengamotu oskarża Rudolfa Lestrange’a, urodzonego w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym o śmierciożerstwo, umyślne spowodowanie śmierci kilkudziesięciu czarodziejów i masowe zbrodnie dokonane na mugolach. Czy oskarżony zaprzecza jakoby nie popełnił postawionych mu zarzutów?
Rudolf nie zaprzecza. Hermiona zaś przygląda się wszystkiemu z irytacją. Doskonale wie, jak powinna wyglądać rozprawa. Najpierw powinno odbyć się przesłuchanie, na którym postawione zostaną zarzuty, oskarżony będzie mógł się bronić, nieużyty zostaje eliksir prawdy, dopiero gdy dowody wciąż wskazują na to, że czyny popełnił oskarżony dochodzi do przesłuchania z użyciem Veritaserum… Na dobrą sprawę teraz zrezygnowano z większości kroków prawnych, które powinny zostać zachowane. Hermiona jest wściekła, bo proces powinien zostać przeprowadzony uczciwie i w sposób zgodny z prawem.
– Ludzie chcą krwi, Hermiono – szepcze jej do ucha Artur. Zapewne zauważył wyraz jej twarzy. – Gdyby proces przebiegał w pełni zgodnie z prawem, ciągnąłby się przez kolejne miesiące, a wtedy Rudolf mógłby usprawiedliwiać swoje zachowanie niepoczytalnością, zdążyłby przekupić odpowiednich sędziów i może nawet zamiast dożywocia skazano by go na kilka, kilkanaście lat…
– Wiem – mówi z bólem Hermiona. – Ja to wszystko wiem, ale… Sprawiedliwość powinna zostać zachowana nawet wobec najgorszych czarowników…
Molly podnosi na Hermionę swoje zaczerwienione oczy. Patrzy na nią z miłością, ale i żalem odbijającym się na jej zasmuconej twarzy.
– Nie ma sprawiedliwości, Hermionko. Ludzie rodzą się, umierają, matki tracą dzieci, dzieci tracą rodziców… Kochankowie tracą swoje wielkie miłości… Nie ma sprawiedliwości na tym świecie…
Hermiona ma ochotę zapłakać nad utraconymi marzeniami o sprawiedliwym świecie… Zawsze widziała, że to utopijna wizja, a jednak brnęła w to wyobrażenie… Teraz jednak spada na ziemię, a lądowanie wcale nie jest miękkie i usłane kwiatami… Jest ostre, bolesne.
– Powiedz nam, Rudolfie, jaki był twój plan? – pyta Kingsley, a mężczyzna zaczyna mówić.
Wszystko zaczęło się jeszcze za jego młodzieńczych lat. Był oczarowany Tomem Riddle’em, zwanym Lordem Voldemortem. Wierzył, że dzięki temu czarodziejowi uda mu się osiągnąć chwałę i biegłość w czarnej magii. Jego największym marzeniem było zostanie potężnym czarnoksiężnikiem; takim, jakim był ongiś Gellert Grindelwald, a nawet Salazar Slytherin. Szybko jednak porzucił te pragnienia i oddał się na służbę Czarnemu Panu. Wierzył, że Voldemort zwycięży. Wraz ze swoją ukochaną narzeczoną, a potem żoną, Bellą Black całkowicie podporządkował swe życie Lordowi. To, z jaką pasją przemawiał do nich Czarny Pan, sprawiało, że bez reszty się mu oddawał. Jego plany były wielkie, czyste rody zyskałyby wielką potęgę, jeszcze większą niż mają teraz. Porzucił plany o zostaniu czarnoksiężnikiem po to, by poświęcić swe życie Lordowi.
A potem nadeszła pierwsza wojna czarodziejów. Wielu przyjaciół Rudolfa, między innymi Rosierowie czy Yaxleyowie, zostało zmuszonych do drastycznego kroku. Musieli odesłać swe niekiedy dopiero co narodzone dzieci do rodzin poza Wielką Brytanią. Obawiali się, że Zakon Feniksa będzie chciał ukarać ich poprzez zamordowanie ich pociech… Niektórzy już nigdy nie zobaczyli swych dzieci, bo Lord Voldemort został pokonany… Dokonał tego roczny bękart i jego szlamowata matka! Nikt nie umiał sobie z tym poradzić, stracili wiarę we wszystko… Marzenia zostały zrujnowane… Rudolf został skazany na Azkaban wraz z innymi swymi przyjaciółmi, jednak nie ze wszystkimi… Malfoyowie, Parkinsonowie czy Greengrassowie, te najpotężniejsze rodziny z łatwością wydostały się z tarapatów. Rudof, Bella czy Rebastian, brat Rudolfa, zostali zamknięci. Podczas gdy ci, na których spoczywała również wielka odpowiedzialność, pozostali wolni. Wyparli się swego mistrza, wymyślili bajeczkę o tym jakoby byli pod wpływem Imperiusa i żyli spokojnie przez lata! Rudolf nigdy nie zapomniał o tych zdrajcach… Zawsze w sercu miał ich twarze, w pamięci wyryte nazwiska… Każde, nawet najdrobniejsze.
A potem Czarny Pan się odrodził. I zamiast ukarać tych, którzy go porzucili, nagrodził ich największymi zaszczytami. Rudolf nie mógł tego znieść… Jednak cierpliwie czekał na moment, w którym będzie mógł pomścić poprzednie lata… W końcu on nadszedł…
Rudolf nie sądził, że Harry Potter znów pokona Lorda, a jednak tak się stało… Stał tam do końca, do ostatniego upadku Czarnego Pana. Uważnie rozglądał się, kto walczy zaciekle do końca, a kto ucieka… Uciekli ci sami, co za pierwszym razem.
Dlatego Rudolf postanowił się zemścić. Zaczął zbierać siły; najpierw odnalazł wszystkich tych, którzy kryli się przed aurorami. Zebrał ich i złożył z nich potężny oddział. I wówczas zaczął eliminować tych najniżej położonych w hierarchii zdrajców. Morderstwa pozorował na zwykłe wypadki, ten czarodziej spadł z miotły i skręcił kark, ta czarownica w czasie treningu pocięła się zaklęciem, które odbiło się od lustra, ten czarodziej pomylił składniki eliksirów i się otruł… Pod koniec maja pozbył się niemal wszystkich.
Wtedy zaczął działać na większą skalę.
Odnalazł rozproszone po świecie dzieci Rosierów, Jugsonów i innych rodów… Obudził w nich ducha walki, sprawił, że uwierzyli, że są potęgą i dzięki wspólnej walce pomszczą swych rodziców i stworzą nowy świat.
Stało się to, o czym Rudolf marzył. Został przywódcą, liderem, nadawał Czarny Znak, a siebie mianował następcą Czarnego Pana. Nowym śmierciożercom przede wszystkim zależało na zemście. Nie chodziło już o przejęcie kontroli, liczyła się zemsta… Chciano zabić wszystkich zdrajców, ale i tych, którzy doprowadzili do śmierci Czarnego Pana.
Celem stali się Harry Potter, Ron Weasley i Hermiona Granger. Celem było skłócenie Pottera i Weasleya z Granger. Wszyscy wiedzieli, że to ona była mózgiem Złotego Trio, jeśli ona by przestała walczyć, z łatwością pokonaliby ową dwójkę mężczyzn. Pottera i Weasleya przechwycono bez żadnego trudu. Stali się marionetkami w rękach śmierciożerców, jednak Granger się im wymknęła. Zniknęła. Po prostu zniknęła i nikt nie wiedział, gdzie się znajduje. Zmieniono wówczas plan. Potter i Weasley stali się wtykami w Ministerstwie. Śmierciożercy chcieli podburzać instytucję od wewnątrz, a dwaj bohaterowie byli doskonałym narzędziem w ich rękach.
A potem niespodziewanie wróciła Granger… Nie chciano po raz kolejny zmieniać planu, dlatego trzeba było odsunąć dziewczynę od Pottera i Weasleya. Wymyślono związek chłopaka z Victorią Rosier, która pijała eliksir wielosokowy i stawała się niejaką Aurorą. Korespondentką Quidditcha w Proroku Codziennym…  Prawdziwą Aurorę śmierciożercy przetrzymywali, a zabili ją kilka dni temu…
Chciano zemścić się na bohaterach. Potter zabił Czarnego Pana, miał za to zapłacić. Wykorzystywali jego ręce do mordowania zdrajców, dzieci, mugoli… A potem wykorzystano jego dłonie do wyciągnięcia więźniów z Azkabanu… Po wszystkim śmierciożercy chcieli podrzucić gdzieś jego ciało, wolne już od Imperiusa i eliksirów, by ten uświadomił sobie ilu morderstw dokonał, i by zwariował z tej świadomości.
Rudolfowi udało się już wykończyć niemal wszystkich. Nie sądził tylko, że Narcyza Malfoy odzyskała siły… Nie przypuszczał, że szlamowata przyjaciółka Pottera będzie na tyle sprytna by ją uzdrowić… Kobieta uciekła, a tym samym zdradziła plany śmierciożerców… Teraz trzeba było działać szybko…
Ostatnimi miejscami na liście Rudolfa były Hogwart i Ministerstwo Magii. W zamku znajdowały się dzieci zdrajców, a w Ministerstwie owi zdrajcy pracowali … Wszystko poszłoby zgodnie z planem, w razie gdyby ktokolwiek został pojmany, nie wydałby planu, bo podano wszystkim antidotum na eliksir prawdy… A Rudolf nie sądził, by komukolwiek udało się przebić przez bariery w umysłach jego współpracowników…
Niestety, aurorom udało się odkryć położenie głównej siedziby śmierciożerców… I mimo że plan nie został do końca zrealizowany to Rudolf cieszy się, że udało mu się wypełnić, choć jego część.
– I choć pewnie zginę, cieszę się, bo wy już nigdy nie pozbieracie się po tej wojnie… Potter oszaleje, Weasley oszaleje, Granger oszaleje… Wszyscy oszalejecie, a ja będzie cieszyć się z tego, że dokonałem zemsty…!
Rudolf zaczyna śmiać się głośno, szaleńczo. Po policzkach Hermiony płyną łzy, ale siedzi w miejscu z dumnie uniesioną głową. Nie oszaleją: ani ona, ani jej przyjaciele. Choćby miała całe życie poświęcić na to, by ich doprowadzić do porządku, by oczyścić ich umysły… To zrobi to… Chociażby dlatego, by udowodnić Lestrange’owi, że ten się myli.
– Kto uznaje Rudolfa Lestrange’a winnym postawionym zarzutom?
Pięćdziesiąt rąk unosi się w górę. Rudolf wykrzywia usta w złośliwym uśmieszku…
– Zawsze znajdzie się ktoś, kto wyciągnie mnie z Azkabanu… Uciekłem z niego już tyle razy… – Rudolf zanosi się śmiechem, lecz wtedy Kingsley uderza młoteczkiem o blat, a następnie wypuszcza z różdżki kilka iskier.
– Rudolfie Lestrange zostajesz uznany winnym popełnionym czynom i skazany na pocałunek Dementora.
Uśmiech znika z twarzy śmierciożercy.

***

W pomieszczeniu nie ma nikogo. Blaise otoczony jest jedynie przez cienie zmarłych, ciągnące go w swoją stronę. Ciemność nie chce wypuścić go ze swoich rąk.
Z żalem patrzę na jego ciemne wilgotne od potu kosmyki… Blaise nigdy ich już nie przeczesze tymi swoimi długimi palcami… Nigdy już nikt ich nie dotknie, ah smutno nawet o tym myśleć…
Blaise Zabini, tak młody – zbyt młody – a jednak…
Jego duch się złamał. Nie chce się obudzić. Śmierć odbiera mu młodość…
Oddech grzęźnie Blaise’owi w gardle.
Chłopak odchodzi na zawsze.